Ciąża jest cudowna… dopóki ci się nie przytrafi


Ciąża jest super. Ciąża jest ekstra. Jest stanem błogosławionym. Jest noszeniem swojego dzidziusia pod sercem. Ba, jest kwintesencją kobiecości. Kobiety w ciąży rozkwitają. Pięknieją. Promienieją.

Chyba, że nie.

Narzekanie na ciążę stało się ostatnio, mam wrażenie, dość modne. Te wszystkie wynurzenia świeżo upieczonych matek, które w humorystycznym, ale dość gorzkim zarazem tonie wywlekają na wierzch swoje hemoroidy, swoje zmęczenie, swoje wymiotowanie, swoje najgorsze na świecie samopoczucie. W zasadzie mogłabym je skrytykować, te wszystkie kobiety. No bo co w końcu, kurde. Piękny stan, a one tak do tego podchodzą, jakoś tak nieładnie. Tak przyziemnie. Tak negatywnie. A przecież na wszystko można spojrzeć inaczej! (Sama usłyszałam taką złotą radę w tym temacie. I to od kobiety).

Ale jednak przybijam im piątkę, tym wszystkim już-nie-ciężarnym. Ponurą pionę, raczej.

W moim otoczeniu tak pi razy drzwi 90% kobiet przechodziło ciążę wspa-nia-le. A jeśli nie wspaniale, to znośnie. Ja w ciąży czułam się tak, że prędzej zgodziłabym się na drugi poród, niż na drugą ciążę. (A tak naprawdę, dopóki nie dostanę amnezji, Książę T. ma małe szanse na rodzeństwo, sorry maleńki).

A było to tak.

Czułam się jak gunwo do kwadratu. Gorzej i gorzej. Zaczęłam odwoływać treningi, zaczęłam nie chodzić do pracy (a na umowie o dzieło niechodzenie do pracy świadczy o tym, że człowiek jest na tyle zdesperowany, by nie ruszyć się z wyra, że woli zaryzykować robotą). Ja i moja hipochondria zaczęłyśmy całkiem serio rozważać spisanie testamentu (na którym znalazłby się lekko zużyty iMac, przykurzona gitara i chuda kotka). Nie było bowiem złudzeń. Ciąża albo umieram. Nie to, że nie było opcji „ciąża”, zdążyłam ogarnąć, skąd się biorą dzieci, ale już tyle mieliśmy z P. fałszywych alarmów, że jakoś załączył się nam sceptycyzm („a może te dzieci to jednak z kapusty?”).

– Jak będziesz szedł z psem, kup w aptece test – wybełkotałam ze swego łoża śmierci pewnego ponurego poranka. Postanowiłam się oto bowiem rozprawić z rzeczywistością. Albo kupuję beciki dziecku, albo sobie trumnę.

– Pooo cooo? – P. machnął ręką lekceważąco. – Na pewno nie jesteś w ciąży.

– No nie wiem, mam wszystkie objawy.

– Znowu?

– Bardziej wszystkie, niż zazwyczaj.

– No okej.

Poszedł. Wrócił. Bezzwłocznie zamknęłam się w łazience. Ja, test i siki. Oto moja chwila prawdy.

– Ha, ha, ha! – wykrzyknął test złowieszczo. – Skończyło się babci sranie, od dziś nie pijesz! Nie śpisz! Nie żyjesz! – dodał.

No dobra, wyglądało to tak: siki, test się zabarwia, pojawia się pierwsza kreseczka – i po tej kreseczce dotychczas zawsze następowała pustka, co wiązało się z wyartykułowaniem przeze mnie czegoś pomiędzy westchnieniem zawodu, a delikatnej ulgi. Tym razem jednak po pierwszej kreseczce nastąpiła druga kreseczka. Zrobiłam wielkie oczy i przyjrzałam się testowi wnikliwiej. Druga kreseczka ani myślała zniknąć. Naprawdę tam była!

– O borze – wydusiłam z siebie.

Wylazłam w końcu z łazienki, blada i nieco przerażona.

– Ej – zagaiłam elokwentnie.

– Co, jesteś w ciąży?

– No są dwie kreski.

– Super! – ucieszył się P.

Taa. To jest właśnie cały P. Życie się człowiekowi wywraca do góry nogami, odtąd już nic nie będzie takie samo, stajemy się czyimiś starymi (HALO?! JESTEM CZYJĄŚ STARĄ?!), bierzemy na siebie odpowiedzialność za życie maleńkiego człowieczka, to jest naprawdę Coś. Robiłam się na zmianę czerwona, biała i zielona z wrażenia. Milion myśli na sekundę, dzika radość i paniczny strach, i to wszystko naraz. A P.? „O, fajnie. Przecież chcieliśmy”.

Prawdę mówiąc, trochę mi też ulżyło, że nie umrę.

A potem dalej czułam się jak gunwo. Pierwszy trymestr był potwornym doświadczeniem i dopiero po pewnym czasie udało mi się opisać mniej więcej ten stan: permanentny kac. To poczucie okropnego, niedającego się niczym ukoić zmęczenia, rozdrażnienia i ogólnego rozbicia. Ciągłe, całodobowe mdłości, sporadyczne wymioty, nadwrażliwość na bodźce i bóle głowy codziennie. Codziennie – dosłownie. I pisząc „bóle głowy” nie mam na myśli migren. Bo gdy pojawiały się migreny, lądowałam na SORze pod kroplówką.

Nie miałam ciążowych zachcianek. Byłam tym nawet delikatnie zawiedziona, bo jako osoba miewająca takie zachcianki i bez ciąży, byłam ciekawa, czy w stanie błogosławionym będę wpierdzielać śledzie z czekoladą lub sushi w musztardzie. Jedyną dziwną rzeczą, jaką zrobiłam, było zagryzanie oliwek bezami, ale to nie jest aż tak dziwne, jak na mnie.

Za to wielu rzeczy nie jadłam. Z prostej przyczyny: wszystko śmierdziało i było obrzydliwe. Rano budziłam P. żeby mi zrobił kanapki z serem, bo dopóki czegoś nie zjadłam, nie mogłam wstać z łóżka (wtedy natychmiast bym dostała torsji i rzygała pustką z żołądka). Jak już zjadłam – baaardzo powoli – te kanapki z serem, to musiałam czekać, aż się „przyjmie”. Inaczej wiadomo co. W grę wchodził głównie ser żółty i ser kozi – dużo sera koziego. Ewentualnie pomidor. Wspaniałe były też banany i wszelkie zupy. Obrzydliwe było natomiast mięso, a najgorszym złem było wszystko, co smażone.

Nie przeszkadzało mi to parę razy wylądować w fast foodzie.

No i każdy zapach na ulicy doprowadzał mnie do torsji, w związku z czym chodziłam wszędzie z sokiem pomarańczowym. Gdy było źle, otwierałam go i wąchałam. Gdy było bardzo źle, upijałam łyczek.

Drugi trymestr był względnie lepszy, ale szybko zaczęły się bóle bioder i kręgosłupa. Bywały dni, że nie mogłam w ogóle podnieść prawej nogi. Mój musk zaczął odmawiać współpracy. Zostałam fanką „Żon Hollywood”. Hobbystycznie sprzątałam. Jak miałam czysto w domu, jechałam sprzątać do matki.

W trzecim trymestrze czułam się dobrze, jeśli nie musiałam się ruszać. Ale jeśli za długo leżałam w łóżku, zaczynała mnie boleć głowa. W efekcie próbowałam jakoś funkcjonować, ale golenie się bez patrzenia albo wiązanie sznurowadeł poprzez umieszczenie swojej nogi bokiem na ścianie były tyleż dziwne, co mało efektywne. Ostatecznie nawet wiązanie sznurowadeł przejął P., co zna chyba każda ciężarna. Zaczęła mnie męczyć obleśna zgaga. Niemal codziennie. Ciągle chciało mi się siku (nawet, gdy właśnie zrobiłam siku). Zaczęłam popadać w psychiczne kryzysy. (Wspominałam już, że wstrzeliłam się z ciążą w tropikalne upały, co jest dla mnie nie do przejścia nawet bez ciąży?) Dziecko napierdzielało mnie po narządach, czułam dziwne ukłucia w ciele, dostałam żylaków w dziwnych miejscach, było mi ciągle ciężko, niewygodnie i duszno, moje ciało pokryła siatka obrzydliwych rozstępów, zaczęłam wyglądać jak szafa na tłustych nóżkach, nie miałam weny, by pofarbować włosy, przestałam się mieścić w ubrania, w efekcie wyglądałam coraz gorzej, czułam się ze sobą coraz gorzej, płakałam rzewnymi łzami nad tym, jak bardzo jestem obrzydliwa, a moje życie nędzne, i gdyby ktoś mi zaproponował wycieczkę na porodówkę, to ze łzami wdzięczności bym pojechała, tu, teraz, w każdej chwili, byleby to dziecko już wylazło spod mojego żołądka.

No i trochę też chciałam już przestać się zamartwiać, czy wszystko z nim w porządku, a móc po prostu go przytulić.

Ostatecznie, gdy dwa dni przed terminem wylądowałam na porodówce, szczęśliwa, że w szpitalu, w którym chciałam i rano, jak chciałam (przerażało mnie rodzenie w nocy, może dlatego, że boję się ciemności), przez większość czasu ogarniała mnie głupawka, a nie lęk, ból czy choćby ekscytacja. Bo byłam tak szczęśliwa, że już nie będę w ciąży! I gdy urodził się Książę T., to była jedna z moich pierwszych myśli (zaraz po tych wszystkich wzruszeniach, że mam dziecko, że ono jest takie cudowne i że omg, jestem czyjąś starą): „SŁODKI JEZU, JAK CUDOWNIE JEST NIE BYĆ W CIĄŻY”.

A opis porodu sobie daruję, bo idealnie zwięzły i oddający istotę sprawy wynalazła moja poporodowa współlokatorka, co podsłuchałam, gdy rozmawiała z kimś przez telefon.

– Jak opisałabym poród? No więc, to jest tak, jakbyś wsadził sobie w dupę granat i wyciągnął zawleczkę.

W punkt.

fot. Gratisography.com
  • Wiem, że to historia na faktach, ale nie mogę przestać się śmiać. Po wytrzeszczaniu oczy nad opisem Twojej ciąży, ta puenta mnie zabiła!

  • Czyli podsumowując – dobrze że ciąża trwa tylko 9 miesięcy :):)
    Kinga

  • pięknie to opisałaś. miałam tak samo. hahaha. z tym granatem też. i też oswajam się z myślą, że na jednym Dzieciu poprzestanę.

  • O bosheee :D Ile jeszcze przede mną :D :D

  • L.

    Jestem z Ciebie dumna. W ogóle, z nas, kobiet, że jesteśmy w stanie to wytrzymać.
    Pamiętam, jak się spotkałyśmy i pytałam Cię o zachcianki, czekając na kosmiczne historie, a Ty tu tak normalnie! (Jak na Ciebie.)
    Podoba mi się, że mówisz o T. „książę”. Prince’owi też się podoba.

    • Nat

      Wiesz. To jest trochę tak, że jak już jesteś w ciąży to średnio masz wyjście. ;) dla mnie bohaterkami są kobiety, które mając już dzieci i ciężkie porody za sobą decydują się na kolejne…
      Ale fakt, brawo my.

      Pozdrów Princunia od T. <3

  • Iw

    Mówiłam Ci już chyba, że jestem pod ogromnym wrażeniem, że przez to wszystko przeszłaś i urodziłaś Prawdziwe Dziecko? Brawo Ty!

    • nat

      Dzięki. Sztuka to dopiero wychować takiego brzdąca na fajnego, mądrego człowieka! In progress:)

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo. Chcesz pogapić się na świat z loży szyderców? Siadaj!

Instagram

Zaczęliśmy przygodę z zajęciami dla dzieci, więc Księciunio się dziś uspołeczniał, a następnie padł. Nie ukrywam, że to mój ulubiony moment dnia 😎#poltorejgodzinylaby #metime #motherhood #parenting #kid #kidsofinstagram #sleep #nap #naptime #chillout #relax #coffeetime #czasnakawe #rodzicielstwo #macierzynstwo #dziecko #mojewszystko #drivingnuts
Dom z mojego dzieciństwa i krew z mojej krwi. Wzrusz. #dziecko #rodzicielstwo #macierzynstwo #dom #wspomnienia #wakacje #poznan #sentyment #kid #kidsofinstagram #babyboy #house #oldhouse #memories #summertime #instapic #instalike #drivingnuts
Koszmar Porządnego Rodzica. Błoto i woda czyli gwarantowane zapalenie płuc, tężec i pląsawica nóg. 😂 Moje dziecko przez kilka godzin dosłownie kwiczało ze szczęścia. 🐷😁 #kid #kidsofinstagram #babyboy #mug #lake #water #dirty #chill #relax #fun #dirtykidshappykids #happy #motherhood #parenting #rodzicielstwo #dziecko #mojewszystko #zalewzegrzynski #jezioro #dzieckowkaluzy #bloto #brud #szczescie
No siema. 
#ryj #krzywyryj #selfie #samojebkazrąsi #ja #lato #slonce #zalew #jezioro #relaks #weekend #odpoczynek #grill #lake #summer #sunny #me #relax #chill #hello #barbecue
Miłe złego początki;) tak się relaksowaliśmy wczoraj. Później było tylko gorzej. Albo lepiej. Zależy jak patrzeć. #kid #kidsofinstagram #nature #mud #water #weekend #chillout #happy #childhood #dirtykidshappykids #feet #fun #parenting #rodzicielstwo #macierzynstwo #dziecko #stopy #bloto #brudnedziecitoszczesliwedzieci #zegrze #dzikaplaza #natura #jezioro #zalew
Nawet czekanie w nfz-owskiej przychodni moze poskutkować widokiem miłym dla oka😍
#wczoraj #ladneniebo #niebo #chmury #praga #warszawa #pragapolnoc #katedrapraska #florianska #sky #skyporn #clouds #sunnyday #summer #yesterday #warsaw #city #mycity
Krasnoludek. 
#park #skaryszewski #warszawa #lato #grzyby #natura #przyroda #dziecko #mojewszystko #warsaw #summer #nature #nice #green #city #boy #toddler #childhoodunplugged #child #chillout #relax #perspective
Z dachu widać najlepiej 😎
#nadachu #panorama #warszawa #widok #wieczor #weekend #chill #chillout #ontheroof #niceview #evening #warsaw #city #relax #sky
Warsztaty chórowe, a po nich #obiad i #ognisko w #zagrodaojrzanow

#pieknie #chmury #woda #niceview #water #nature #ojrzanow #natura #staw #relaks #relax #chilling #weekend #summer

Snapchat

Snapchat

Follow drivingnuts on Snapchat!