Dlaczego młodzi rodzice
to inny gatunek?


Każdy z nas kojarzy ten motyw. Znamy kogoś, kto jest kul, dżezi i osom, a potem ta osoba rodzi lub płodzi dziecko. Nie tylko, że przestaje być kul, dżezi i osom, ale też my przestajemy mieć wrażenie, że ją znamy. Czy mózg wypływający wraz z łożyskiem to tylko legenda? Czy facet, który zostaje ojcem, automatycznie staje się pantoflarzem? Czy każdy przenosi na swoje pociechy własne niespełnione ambicje? Czy te małe niewinnie wyglądające istoty o nadprzyrodzonych mocach umieją opętać naszych przyjaciół? A może ci młodzi rodzice zawsze byli pojebani, a teraz po prostu mają dobrą wymówkę? Jeśli chcecie wiedzieć, czemu waszych znajomych porąbało i czy was czeka ten sam los, przedstawiam krótkie wyjaśnienie dla wszystkich, którym brakuje empatii, by wczuć się w rolę młodego rodzica. Czyli dla wszystkich.

Młodzi rodzice gadają tylko o dzieciach

Klasyk. Spotykasz się ze swoją psiapsiółką, a ona nawija o tym, że jej Kasieńka nauczyła się już srać na nocnik albo że po brokułach dostała wysypki pod pachą. Przy waszym kolejnym spotkaniu dowiadujesz się, że Kasieńka nauczyła się nowego słowa, mianowicie „bllblwba”, które najprawdopodobniej oznacza „matko, poproszę mi tu natychmiast przygotować kaszkę ryżową z banankiem”. Brawo dla Kasieńki. Kasieńce ulewa się kaszką, a tobie ulewa się Kasieńką. Kiedyś mogłyście pogadać o tym, co słychać w „Modzie na Sukces” i o tym, że tamta zdzirowata Małgośka przyszła na crossfit w półmetrowych tipsach, co za kretynka, hehe, a teraz chuj dupa i kamieni kupa. Wspólnych tematów: zero. Koniec.

To trudny moment w twoim życiu, wiem. Na pocieszenie mam tylko tyle: nie wszystkim tak odbija. A jeśli odbija, to często jedynie tymczasowo. Jeśli zaś odbija na stałe, to daj se spokój. Najwyraźniej to nieuleczalny przypadek. Ale ale, jest jeszcze szansa – weź pod uwagę, że twoja kumpela prawdopodobnie spędza z cholerną Kasieńką 24 godziny na dobę, z czego 20 prawdopodobnie przy akompaniamencie wycia tejże. Ty na jej miejscu wystawiłabyś Kasieńkę na balkon i wyciągnęła za cztery lata, a twoja kumpela w imię wychowywania nowego praworządnego obywatela znosi te brokuły i srakę dzień w dzień. Chcesz, by przestała o tym gadać? Weź ją, do cholery, wyciągnij na wódkę.

Mają obsesję na punkcie rozkładu dnia

O 16.00 im nie pasuje, bo mały Karolek jada podwieczorek 16.25 punkt. Wieczorem niestety nie wpadną, bo Karolek sypia od godziny 20, dlatego najpóźniej o 19.30 musi wylądować w wanience. Gdy już uda Ci się wyciągnąć któreś z rodziców na kawę, to potrafi Ci przerwać w pół zdania i zakończyć spotkanie, bo gugle mówi mu, że musi natychmiast wyruszyć, jeśli chce zdążyć wykąpać dziecko o punkt 19.30. Okej, myślisz sobie, niech będzie, że spotkacie się w ciągu dnia. Takiego wała! W południe nie może, bo Karolek od 11.30 ma drzemkę. A może o 21.00? Nieee, o 21.00 młodzi rodzice Karolka zwisają bezwładnie z kanapy przy ryczącym telewizorze, którego i tak, pogrążeni w najsmaczniejszym śnie, nie słyszą.

Mnie też denerwują ludzie, którzy całe swoje życie dopasowują do dziecka. Ja tak raczej nie robię – jak Książę T. ma porę drzemki, a ja potrzebuję wyjść, to wychodzimy i Księciunio odbywa drzemkę w wózku lub w samochodzie. Jak Książę T. zażyczy sobie obiad albo podwieczorek, to wyciągam słoiczek albo banana. Nie widzę potrzeby, by moje dziecko zawsze spało w swoim łóżku wśród pluszowych baranków. Albo by jadło zawsze w swoim foteliku. ALE. Ja mam dziecko bezproblemowe. Wyobraź sobie teraz dziecko, które wyje, bo jest śpiące, a nie może zasnąć, a Ty jesteś z nim na drugim końcu miasta, w samochodzie. I to dziecko nie przestanie wyć, dopóki nie uśnie, a nie uśnie, dopóki nie wyląduje w bezpiecznej przestrzeni swojego pokoiku. A Ty stoisz w korku i nie masz dokąd uciec. NIE MA niczego, co wytrąca mnie z równowagi bardziej, niż wycie dziecka. Więc wcale się nie dziwię ludziom, że wolą nie denerwować swoich pociech zaburzaniem rytmu dnia. Zanim więc się wkurwisz, upewnij się, czy to twoi znajomi mają pierdolca na punkcie rytmu dnia, czy może raczej… ich dziecię.

Wywieszają na drzwiach kartki z napisem „kto zadzwoni dzwonkiem do drzwi, ten spłonie żywcem”

Zawsze wspólnie z P. pukaliśmy się wymownie w czoło, wywracaliśmy oczami, drwiliśmy, kpiliśmy i bezlitośnie wyszydzaliśmy wszystkich ludzi z obsesją na punkcie snu dziecka. Teraz muszę przyznać, że trochę to rozumiem. Co prawda rozumiem też, że cały świat nie musi dostosowywać się do faktu, że mam małe dziecko, i takowych kartek nie wywieszam, ale gdy dzwoni kurier i pies ujada pod drzwiami akurat w momencie, gdy usypiam Księcia T., to uwierzcie mi, nazwać żądzą mordu to, co odczuwam, to mało. Okazuje się, że istnieje przyczyna, dla której młodzi rodzice włączają odkurzacze i suszarki, jeżdżą samochodem wokół osiedla przez siedem godzin, bujają wózki, kołyski i leżaczki tak długo, aż dostaną przykurczy. I tą przyczyną nie zawsze jest pojebanie.

Czasem jest to jedynie fakt, że każda minuta bez dziecka jest na wagę złota. Każda. A minuta bez dziecka to coś, co występuje w naturze tylko wtedy, gdy dziecko śpi. Bo gdy dziecko nie śpi, to trzeba się nim zajmować, bawić z nim, śpiewać, tańczyć, nosić na rękach, karmić, kąpać, mówić do niego, pokazywać, objaśniać, tłumaczyć i wiele innych. Dziecko ma w dupie fakt, że rodzic zaraz się zsika. Nie obchodzi je, że ma migrenę tysiąclecia i z bólu widzi gwiazdki przed oczami. Kpiącym uśmieszkiem skomentuje fakt, że cierpi na deficyt snu. Spowodowany zresztą przez… dziecko. Who cares? Na pewno nie ono. Rodzic jest jego całodobowym niewolnikiem i może liczyć na chwilę wytchnienia tylko, gdy przekaże berbecia Morfeuszowi. Wtedy zamknięcie się w kiblu i zrobienie kupy bez stresu, że trzeba natychmiast wracać do układania klocków, to najwyższy luksus. Granie w Minionki na smartfonie to szczyt wysublimowanej rozrywki. A już napicie się herbaty w ciszy i samotności…

Kochamy swoje dzieci na zabój, ale każdy normalny człowiek potrzebuje chwili bez dziecka. Jeśli jedyną możliwością jest wożenie śpiącej małej cholery w samochodzie, to będziemy jeździć dookoła osiedla tak długo, jak się da, by tylko móc przez chwilę myśleć o niebieskich migdałach (albo jeszcze lepiej – kompletnie o niczym), a nie o tym, co powiedziała niebieska małpka do różowej owieczki i czy nasze dziecko zeżre dziś puree z cukinii z dynią i kurczakiem, czy też na przykład będzie nim z najwyższą rozkoszą pluło w dal.

Mają obsesję na punkcie zdrowia

Czyli a kysz, nie podchodź do mnie ty zakatarzony Hulku, bo przecież JA MAM MAŁE DZIECKO. Myślisz sobie: pojebało! Przecie od kataru nikt jeszcze nie umarł. Nie da się ochronić dziecka przed infekcjami, a nawet gdyby się dało, to to dziecko kiedyś dorośnie i wyjdzie z domu, a wtedy jego organizm nie będzie umiał się bronić!

Tutaj trzymam sztamę z tymi pojebanymi. Wsadź sobie, nie-rodzicu, swoje mądrości głęboko w zakatarzone zatoki. Dziecko nie umrze od przeziębienia, ba, pewnie nawet od żołądkowej grypy nie umrze. To rodzic umrze. Ze zmęczenia. Bo dziecko będzie wyło dzień i noc, trzeba będzie odsysać mu katar z nosa (może chcesz spróbować? Nie?), trzeba będzie je pocieszać, nacierać, smarować maściami, podawać krople, czego dziecko nienawidzi, więc będzie się wyginało w chińskie osiem, a potem spazmatycznie darło jeszcze przez pół godziny, nie będzie chciało nic jeść ani pić, a lekarz powie, że ma dużo pić, rodzic poczuje, że chyba siwieje, wtedy pojawi się wysypka, sraczka i powiększone węzły chłonne, co wrażliwsza matka zdiagnozuje u dziecka z pomocą gugla najstraszniejsze schorzenia świata, więc w histerii pogna do lekarza, który powie, że to tylko angina, i że spoko loko, przejdzie za jakieś dwa tygodnie. Dwa tygodnie gehenny, oł je. A potem patrz krzywo na rodzica, że wziął chorobowe na dziecko, czyli pewnie siedzi w domu i seriale ogląda na koszt państwa. Tak, że tak, spadówa mi z tymi zarazkami od dziecka. Bo w jednym nie-rodzice mają rację: i tak nie da się ochronić dziecka przed infekcjami. Więc ospa-party? Nie ten adres. Won.

Ich mieszkania wyglądają jak hula-kula

Przychodzisz do znajomych, na wejściu potykasz się o plastikowego słonia i piłkę, zdejmujesz buty i włazisz prosto w klocki Lego, w salonie szukasz wzrokiem kanapy, bo gdzieś się ukryła wśród pluszowych niedźwiedzi i wszystkokolorowych stert plastikowego badziewia… No cóż. Dziecko też domownik, trudno więc, żeby w ogóle nie było widać śladów jego obecności (jeśli nie widać, sprawdź czy twoi znajomi aby nie zapomnieli wyciągnąć dziecka z balkonu). Prawda jest jednak taka, że jeśli nawet nie jest to oznaka pojebania, to w każdym razie na pewno lenistwa. Ja nie jestem najbardziej uporządkowaną ani pracowitą osobą we wszechświecie (hue hue hue…), ale w pokoju dziennym mamy kojec i staram się, by zabawki zawsze znajdowały się tylko tam. Oraz w sypialni, którą dzielimy z Księciem T. solidarnie, tj. my mamy tam łóżko i komodę, a on ma tam łóżeczko i całą podłogę do dyspozycji. Co jednak się stanie, gdy Książę T. zacznie chodzić i nie wystarczy mu już przestrzeń kojca, nawet na chwilę? Będę cały boży dzień łazić za nim i pilnować, by nie jadł psich kudłów i żwirku z kuwety? Nieee. Z pokoju dziennego zniknie wszystko, co potencjalnie mógłby nielegalnie zeżreć, pojawią się za to pewnie zabawki. I bardzo możliwe, że mój dom też będzie wyglądał jak hula-kula.

Nic z tym nie zrobisz, no chyba, że masz ze swoimi znajomymi na tyle bliskie relacje, by uprzejmie ich poprosić, by tu, do cholery, ogarnęli. Jeśli nie, to możesz jedynie atmosferą twarzy wyrażać swoje najwyższe zdegustowanie pstrokatowością wystroju wnętrza. Jest to jednak prosta droga do zakończenia waszej relacji w atmosferze ogólnego braku zrozumienia. Wyjście? Olać. Albo na kolejne urodziny/święta/rocznicę kupić im wielki kontener na zabawki. Albo osiem kontenerów. Może skumają.

Kręcą nosem, gdy kupujesz ich dziecku superancką zabawkę

Idziesz do Smyka i łapiesz się za głowę, widząc, że kawałek plastikowego, świecącego badziewia kosztuje tam jedną czwartą twojej wypłaty. No ale jak to tak, trzeba coś kupić małej cholerze, skoro się już urodziła. Więc przynosisz ze sobą jakąś superancką zabawkę, myśląc sobie, że te dzisiejsze dzieci żyją jak pączki w maśle, bo za twoich czasów takich zabawek nie było, ty to się musiałeś bawić, że mlecze to sałata, a one mają miniaturowe fortepiany i kuchnie z całym wyposażeniem. Przynosisz z dumą ten wytwór XXI wieku, a młodzi rodzice kręcą nosem, uśmiechają się, ale jakoś tak niewyraźnie, dają dziecku zabawkę, ale ty jej jakoś już nigdy więcej nie widzisz…

Jeśli zabawka świeci albo gra, albo co gorsza gra i świeci naraz, to twoi znajomi będą tych rozkosznych elektronicznych dźwięków słuchali całymi długimi godzinami, przez wiele dni. Jeśli kupisz dziecku bębenek, to im popękają bębenki. Jeśli kupisz dziecku gwizdek, to cię znienawidzą. Jeśli kupisz mu pistolet na cokolwiek, czym dziecko może im strzelić w oko, to nigdy więcej nie wejdziesz do ich domu.

Tak to działa. Najlepiej kup dziecku coś jak najmniej inwazyjnego, na przykład puzzle (żartuję, moja mama nienawidziła puzzli, bo znajdowała je później w każdym kącie mieszkania). Pluszaki też są na cenzurowanym, bo zbierają kurz i trzeba je prać. Plastelina dla rocznego dziecka? Spoko, o ile zdołasz mu wytłumaczyć, by nie próbowało jej zeżreć. Więc co kupić? Jeśli nie masz weny na coś, co na pewno ich nie wkurzy, lepiej po prostu zadzwoń do nich i zapytaj, serio. Nie sil się na niespodzianki.

Wiem, że jest jeszcze z pewnością wiele dziwnych zachowań młodych rodziców, których nie-rodzice pojąć nie umieją. Spoko, przyjdzie kryska na matyska. Póki co proponuję jednym i drugim wcielać w życie złotą zasadę starożytnych górali, która brzmi „żyj i daj żyć innym”. Rodzic też człowiek. Z reguły gdzieś tam w środku, w tym opakowaniu z ujebanego kaszką gamonia, nadal znajduje się ten super fajny gość albo ta świetna laska, których znasz z przeddzieciowych czasów. Powiem ci w tajemnicy, że jeśli uda ci się przypomnieć im, że w głębi duszy jeszcze nie są całkiem stetryczali, to jest duża szansa, że… sami będą ci wdzięczni.

  • Śmieszniutkie . Lubię.

  • Przyznaj się – co zrobiłaś z Księciuniem że taki długi post udało się stworzyć,hym? :D

    • Errrr… oddelegowałam mężczyzn mego życia do tak zwanego ululania. ;D

  • Haha! Świetny tekst :-D. Coś w tym jest, że niektórym całkiem odwala na punkcie dzieci… ciekawe jak będzie w moim przypadku :-). Jak na razie serdecznie nie cierpię dziecięcego wycia…

    • No więc nie wierz tym, którzy będą Ci wmawiać, że przy własnym jest inaczej i wycie jest jak miód na uszy. No nie jest. Ale znosisz dzielnie to wycie, podczas gdy obcego bachora byś już dawno wystrzeliła na Marsa. ;)

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo. Chcesz pogapić się na świat z loży szyderców? Siadaj!

Instagram

Zaczęliśmy przygodę z zajęciami dla dzieci, więc Księciunio się dziś uspołeczniał, a następnie padł. Nie ukrywam, że to mój ulubiony moment dnia 😎#poltorejgodzinylaby #metime #motherhood #parenting #kid #kidsofinstagram #sleep #nap #naptime #chillout #relax #coffeetime #czasnakawe #rodzicielstwo #macierzynstwo #dziecko #mojewszystko #drivingnuts
Dom z mojego dzieciństwa i krew z mojej krwi. Wzrusz. #dziecko #rodzicielstwo #macierzynstwo #dom #wspomnienia #wakacje #poznan #sentyment #kid #kidsofinstagram #babyboy #house #oldhouse #memories #summertime #instapic #instalike #drivingnuts
Koszmar Porządnego Rodzica. Błoto i woda czyli gwarantowane zapalenie płuc, tężec i pląsawica nóg. 😂 Moje dziecko przez kilka godzin dosłownie kwiczało ze szczęścia. 🐷😁 #kid #kidsofinstagram #babyboy #mug #lake #water #dirty #chill #relax #fun #dirtykidshappykids #happy #motherhood #parenting #rodzicielstwo #dziecko #mojewszystko #zalewzegrzynski #jezioro #dzieckowkaluzy #bloto #brud #szczescie
No siema. 
#ryj #krzywyryj #selfie #samojebkazrąsi #ja #lato #slonce #zalew #jezioro #relaks #weekend #odpoczynek #grill #lake #summer #sunny #me #relax #chill #hello #barbecue
Miłe złego początki;) tak się relaksowaliśmy wczoraj. Później było tylko gorzej. Albo lepiej. Zależy jak patrzeć. #kid #kidsofinstagram #nature #mud #water #weekend #chillout #happy #childhood #dirtykidshappykids #feet #fun #parenting #rodzicielstwo #macierzynstwo #dziecko #stopy #bloto #brudnedziecitoszczesliwedzieci #zegrze #dzikaplaza #natura #jezioro #zalew
Nawet czekanie w nfz-owskiej przychodni moze poskutkować widokiem miłym dla oka😍
#wczoraj #ladneniebo #niebo #chmury #praga #warszawa #pragapolnoc #katedrapraska #florianska #sky #skyporn #clouds #sunnyday #summer #yesterday #warsaw #city #mycity
Krasnoludek. 
#park #skaryszewski #warszawa #lato #grzyby #natura #przyroda #dziecko #mojewszystko #warsaw #summer #nature #nice #green #city #boy #toddler #childhoodunplugged #child #chillout #relax #perspective
Z dachu widać najlepiej 😎
#nadachu #panorama #warszawa #widok #wieczor #weekend #chill #chillout #ontheroof #niceview #evening #warsaw #city #relax #sky
Warsztaty chórowe, a po nich #obiad i #ognisko w #zagrodaojrzanow

#pieknie #chmury #woda #niceview #water #nature #ojrzanow #natura #staw #relaks #relax #chilling #weekend #summer

Snapchat

Snapchat

Follow drivingnuts on Snapchat!