Jak wykorzystać urlop macierzyński na rozwój osobisty?


Wracam do Was z bardzo ważnym wpisem, temat którego dość jasno określa już sam tytuł. Niedawno zdałam sobie sprawę, że w czerwcu, czyli za około półtora miesiąca, miną dwa lata odkąd mój życiowy status określany jest „siedzeniem w domu”. Najpierw było to L4 w ciąży, później rok urlopu macierzyńskiego, od pół roku zaś praktykuję zwykłe bezrobocie, tkwiąc w jakiejś szarej strefie społeczeństwa. Od samego początku ważne było dla mnie, by ten czas należycie spożytkować. Należycie, czyli na rozwój osobisty. Po tych niespełna dwóch latach uważam, że jestem już dość kompetentna w temacie, by zdradzić wszystkie tajemnice matczynej produktywności.

Jesteś w ciąży? Masz maleńkie dziecko? Nie wiesz, co ze sobą zrobić, nosi Cię, czujesz się sfrustrowana? Oto triki, dzięki którym siedzenie w domu w ciąży i siedzenie w domu na urlopie macierzyńskim może stać się początkiem nowego życia, początkiem nowej Ciebie, punktem zwrotnym do nowej kariery, własnej firmy, a przede wszystkim czasem, gdy nadrobisz wszelkie braki z całego życia, czyli nauczysz się angielskiego, francuskiego i hiszpańskiego, wreszcie ogarniesz obsługę lustrzanki, zrobisz sobie tatuaż, zapiszesz się na kurs tańca, schudniesz, zaczniesz się zdrowo odżywiać, zrobisz prawo jazdy, rozpoczniesz nowe studia, no i znajdziesz świetnie płatną dorywczą pracę, by zarabiać w wolnej chwili.

Otóż, przedstawiam, czego się nauczyłam. Dość boleśnie.

Po pierwsze, puknij się w łeb.

Po drugie, odpuść sobie. Najpierw odpuść hiszpański i francuski, później również angielski. Dałaś sobie spokój z językami? Odpuść sobie tańce. I lustrzankę. Olej skalpel z Ewką, przestań desperacko szukać zleceń. Jesteś gruba? Spoko. Wpierdalasz niezdrowe żarcie i muffiny z Lidla? Luz. Tatuaż? Pomyśl o tym jutro. Daruj sobie podróże i mądre książki. Odpuść sobie pracę. Odpuść sobie wszystko.

Wszystko.

Wszy-stko.

Magiczny sposób na to, by wykorzystać urlop macierzyński na rozwój osobisty jest taki, by zdać sobie sprawę, że po pierwsze, nie istnieje coś takiego jak urlop macierzyński. Albo urlop, albo macierzyństwo, a pierwszy rok życia dziecka to z reguły ciężka harówa (zwłaszcza druga połowa. I później). I ta harówa macierzyńska to najbardziej beznadziejny okres na rozwój osobisty. Jeśli akurat masz super spokojne dziecko, kupę czasu i jesteś w świetnej formie – spoko, good for you, czytaj książki, ucz się języka, zacznij biegać, co tam chcesz. Ale planowanie zawczasu, że poświęcisz ten czas na rozwój osobisty jest niemądre i szkodliwe. Siedzisz w domu z dzieckiem, bo ono tego potrzebuje i zgadnij co? Ty też. Jeśli mimo wszystko posiadasz czas wolny i w tym czasie Twój mózg w miarę działa, rozwijaj się. Ale może być tak, że tego czasu mieć nie będziesz. Tu sraka, tam drzemka, tu banan, tam pranie, nagle robi się wieczór, a Ty masz w mózgu cielęcinę z marchewką i nie marzysz o rozwoju osobistym, lecz o dożylnej wlewce z marihuanen. Może tak się zdarzyć, i wtedy trzeba odpuścić. To nie jest ważne. Nic teraz nie jest ważne. Tylko Ty i ten mały człowieczek.

Jeśli zaczniesz wywierać presję na siebie samą, to możesz skończyć jak ja. Sfrustrowana do szpiku kości, przekonana o swojej życiowej nieporadności. Nękana wyrzutami sumienia. No bo jak to tak, tyle czasu zmarnowanego, tyle siedzenia w domu, a moje życie naukowo-zawodowe leży odłogiem? Imprez zero? Planów żadnych? Rozwój umarł? Pracy niet?

Nie wiem, czemu zrozumienie czegoś tak oczywistego zajęło mi aż tyle czasu. Naprawdę byłam przekonana, że to jest TEN czas, czas, w którym nadrobię zaniedbania z całego swojego życia. Nie był i nie jest. Macierzyństwo przestało mnie frustrować tak naprawdę dopiero wtedy, gdy odpuściłam sobie absolutnie wszystko inne. Łącznie z blogiem. Są ludzie, którzy potrafią zajmować się dzieckiem, a w międzyczasie nogą gotować obiad, drugą nogą prasować pranie, lewą ręką pisać notkę, a prawą niańczyć oseska. Ja tak nie umiem. Całymi dniami próbowałam pogodzić opiekę nad dzieckiem z pisaniem notek, udzielaniem się na Facebooku, powtarzaniem słówek na angielski i produkowaniem kolejnych bezsensownych planów działania i grafików, w których każdego dnia robię milion produktywnych rzeczy. W efekcie niczego nie robiłam porządnie, ani planów, ani słówek, ani macierzyństwa.

Czy było łatwo? O nie. Było mi cholernie trudno odpuścić. Zwłaszcza, że w moim otoczeniu jest mnóstwo ludzi zawodowo aktywnych, wiecznie coś studiujących, grających koncerty, nagrywających płyty, robiących doktoraty i kariery na świecie, sięgających po awanse w korpo, z sześciopakami na brzuchu zamiast w lodówce, czytających książki, oglądających filmy, piszących mądre i zabawne teksty, planujących podróże, śluby albo kolejne szczeble kariery. Nie było mi łatwo zrozumieć, że przewijanie obsranych pieluch może się z tym równać, a nawet może być od tego wszystkiego lepsze. Lepsze dla mnie. Lepsze w akurat tym momencie. Bo każde dziecko jest niepowtarzalne. Bo obserwowanie rozwoju człowieka od krewetki po istotę rozumną jest i tak najbardziej niezwykłe ze wszystkiego, co można robić. I trwa tylko chwilę, naprawdę, to jest błysk. Wczoraj rzygałam jak kot, tocząc się przez swój wielki ciążowy bebech, dziś moje dziecko samo karmi i wyprowadza psa. Pod moim czujnym okiem, ale jednak.

Dlatego mnie tu nie było. Bo przestawiłam priorytety. Spędzam czas z Księciem T., a w chwilach, gdy śpi albo ktoś inny się nim zajmuje, ja mam czas, by się wykąpać, wyprostować kudły, posprzątać w chałupie. Rzadko kiedy tego czasu zostaje dość, by jeszcze pomalować paznokcie albo przeczytać książkę. Rzadko kiedy po całym dniu z półtorarocznym dzieckiem chce mi się myśleć lub robić cokolwiek, co myślenia wymaga. Czasem zdarza mi się pisać jakieś teksty, ale ich nie publikuję, bo to tak, jakbym powiedziała: wróciłam. A ja nie wiem, czy wróciłam i czy będę pisać choćby i raz w tygodniu. Ale nie traćmy nadziei. Jestem w trakcie czytania książki „Jak zostać panią swojego czasu”, więc, wiecie, może dzięki niej zostanę w końcu kobietą zorganizowaną.

Nie jest mi super z rolą kury domowej, bo nie lubię zajmowania się domem. Nie lubię i nie zamierzam tego robić w nieskończoność. Macierzyństwo też czasem daje mi się we znaki i okropnie trudno jest ciągle pamiętać, że to minie, i że jeśli nie będę obecna i świadoma w każdej chwili, a jedynie rozmyję się w czekaniu na bliżej niezidentyfikowane jutro, to kiedyś będę tego żałować. Bo może i zrobię karierę, może i zarobię jakiś pieniążek, rozwinę bloga, napiszę książkę albo zwiedzę świat, ale przed śmiercią jedyne o czym będę myśleć, to bliscy. Przecież zawsze tak jest. Nie wiem, nigdy jeszcze nie umierałam, ale wystarczy posłuchać, co mówią starsi ludzie. Wiecie, o czym mówi moja wiekowa, schorowana babcia, za każdym razem, gdy ją widzę? Jak żałuje, że tych czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu wyemigrowała do pracy w Anglii i zostawiła na jakiś czas męża z dziećmi. Nie mówi, jak fajnie, że poznała nowy kraj i że przywiozła więcej kasy, niż kiedykolwiek zarobiłaby w PRL-owskiej Polsce. Mówi o tym, jak żałuje, że nie było jej wtedy z nimi.

Było mi dobrze z dala od bloga, social mediów i innych ekstrawertycznych czynności. Depresja też nie pomaga – przynajmniej mi – w kreatywnych działaniach. Ale muszę przyznać, że jednocześnie coraz bardziej brakowało mi tego mojego miejsca w Sieci, więc cieszę się, że znów tu jestem. Bo to przecież nie jest tak, że nie da się pogodzić macierzyństwa z czymkolwiek innym. Jasne, że się da. Po prostu to bywa trudniejsze, niż się czasem wydaje.

Pozdrawiam wszystkich ciule, bo Książę T. już zakończył swoją drzemkę, a roztaczająca się wokół niego woń wskazuje dobitnie na to, że właśnie nastąpił koniec rozwoju osobistego na dziś, czas na sprzątanie sraki.

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo.

Fanpage

Instagram

Portret mojego męża wykonany przez księciunia T. Myliłby się ten, kto doszukiwałby się tu zarysu twarzy. Dzieło przedstawia brzuch (to okrągłe), na zielono zaznaczona tchawica i płuca, a na bordowo serce i... "rurki". 😳🤔 #motherhood #parenting #kidstagram #kidspainting #body #belly #heart #lungs #kidsart #anatomy #4yo
when ur stuck in the office and you'd rather be in the woods  #office #work #letmeout #naturedesire #woods #forest #cuteness #deer #ohdeer #greenery #creativeteam #creativityatwork #deadlinesmustwait #figuresfromflyingtiger #flyingtiger #insta #instaphoto #instapic
Droga do pracy. W samym środku Wawki. Można 😎 #niceview #nature #morning #warsaw #krolikarnia #sunrise #autumn
Albo na przykład kiedy masz good hair day i stwierdzasz, że to świetna okazja, by wreszcie jak prawdziwy człowiek zrobić sobie selfie z kaczym dzióbkiem, takie seksi, zachęcające do interakcji, takie sugerujące że twarz ma się ładną... A potem się okazuje, że nic się nie zmieniło, dalej masz wewnętrznie pięć lat i nie da się zrobić normalnego zdjęcia. 
#selfie #ryj #funnyface #tryingtobegrownup #failed #instaphoto #instapic #funny #polishgirl #polishwoman #face #weirdo #childish #drivingnuts
Takie było moje lato.  Mały, ale i całkiem już duży człowiek, coraz intensywniej poznający świat. I ja, rozdarta między chęcią cierpliwego pokazania mu każdego źdźbła trawy, a potrzebą ciszy, spokoju i samotności. Bywało burzliwe, a bywało też wspaniale. Czasem bywało między nami chłodno, ale to nigdy nie trwa długo 😉  Z kolei lato jeszcze trochę potrwa, ale wrzesień jakoś "zalicza się" nieoficjalnie do jesieni. Czekam z utęsknieniem na tę jesień i wreszcie trochę powietrza. 🥵  #summer #summertime #holiday #kidstagram #kid #boy #ladybird #parenting #chill
Weselny weekend na Mazurach 😍 było pięknie, it łoz bjutiful.
#couple #wife #husband #weddingguests #masuria #mazury #selfie #mirrorselfie #landscape #sunset
Sypialnia T, a dalej nasza. Tak teraz wyglądają. Na szczęście już tam nie mieszkamy 😂  #remoncik #homedecor #homedecorpragapolnoc #jestklimat #instaphoto #desertedhouse #ruins
Baj baj cienie do powiek. #piecminutmnieniebylo #zycieztrzylatkiem #parenting #3yo #kids #zapomnialamjaksierobihasztagi
Rośnie nam (łudzę się) jeden z niewielu przyszłych czytelników książek (i jeden z zapewne wielu miłośników leżaków). #kid #boy #summer #holiday #masuria #reading #bookstagram #book #chill #chillout #ksiazet #t #wakacje #mazury #czytaniejestsexy #czytanie #książka #mazury #drivingnuts