„Najgorszy człowiek na świecie”, czyli jak nie napisałam książki


To będzie dziwne, bo jest mi dziwnie. Nie wiem, co ze sobą zrobić, skóra mnie uwiera, coś we mnie w środku ryczy i chce się wydostać, a jakaś inna część mnie powstrzymuje TO z całych sił. Ten proces. Bo to jest przerażające. Chodzi o to, że przeczytałam książkę „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber i rozłożyło mnie na łopatki. Na kawałeczki.

Ja tej pani dobrze nie znam, nie kojarzyłam jej felietonów za dobrze, nie znałam jej twarzy z tiwi, po prostu kiedyś trafiłam na jakiś wywiad z nią. „O” – powiedziało coś w mojej głowie. „O” – dodało chwilę poźniej. Trochę zaczęłam poczytywać, co ta Halber pisze. Niegłupio, zdało mi się. Jakoś tak, że do mnie trafiało. Fragmenty jej książki sprawiły, że nabrałam przeświadczenia, że powinnam, muszę, chcę przeczytać całość. Ale nie sądziłam, że będzie aż tak.

O czym to?

„Najgorszy człowiek na świecie” to oparta – najprawdopodobniej – na osobistych przeżyciach autorki (chociaż skrywa się za postacią Krystyny) opowieść o nałogu alkoholowym i narkomanii oraz o drodze wychodzenia z nałogów poprzez terapię. Wiecie, że ja tematy psychologiczne i terapeutyczne łykam jak młody pelikan, bo mnie to po prostu fascynuje, jak my wszyscy mało wiemy o sobie i jak zwykły, często niezrozumiany, często lekceważony lub wykpiwany proces terapeutyczny wydobywa z nas rzeczy, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

Nie podejrzewałam jednak, że książka o alkoholiczce będzie książką tak totalnie o mnie. Nie jestem alkoholiczką ani narkomanką, ale co z tego, skoro podłoże konstrukcji psychicznej mam praktycznie takie samo, jak Krystyna? To nie jest opowieść o maltretowanej dziewczynce albo o bezdomnej pijaczce. To opowieść o fajnej, wyluzowanej lasce pracującej w telewizji wśród innych fajnych, wyluzowanych ludzi. O cool dziewczynie imprezującej co weekend w najmodniejszych miejscach Warszawy. I o tym, po co było jej potrzebne picie. I co zostało, gdy tego picia zabrakło. I co odkryła na swój własny temat.

Halber rozłożyła na części pierwsze ułomność iluzji, w jakiej prawie wszyscy żyjemy, goniąc nie wiadomo za czym, spełniając nie wiadomo czyje marzenia i potrzeby, a zapominając w tym wszystkim o sobie i – przede wszystkim – o prawdzie. Że może na przykład wcale nie jesteśmy i wcale nie chcemy być wyluzowani, cool i fajni. Że mało kto tak naprawdę dobrze czuje się w zatłoczonym, głośnym klubie i musimy się znieczulać procentami, żeby zapomnieć, że nas to męczy i wkurza. Że każdy z nas obawia się, że jest nie dość ładny, nie dość mądry i nie dość successful. Każdy.

I nagle zobaczyłam tam siebie

Nie miałam pojęcia, że moja ironia to zalążek agresji. Zdałam sobie sprawę, że potrzebuję ludzi bardziej, niż mam ochotę przyznać. Zrozumiałam, że jest więcej takich jak ja, co chcieliby Rozmawiać, a nie tylko rozmawiać, ale czują, że się nie da, bo w sytuacjach towarzyskich obowiązkiem jest pierdolenie o niczym. Że śmiech i beka ze wszystkiego to tylko fasada, za którą chowamy się ze swoimi wrażliwymi miejscami, żeby nikt nie mógł nas za nie skrytykować.

Może wiecie, a może nie, że sama byłam kiedyś na terapii w Klinice Nerwic. Trzy miesiące codziennych zajęć, pięć dni w tygodniu, od rana do popołudnia. Pamiętam, jak kiedyś jeden ze współpacjentów, nazwijmy go Robert, spojrzał za okno i stwierdził, że ostatnio coraz częściej ma wrażenie, że to tu, w psychiatryku, jest normalnie, a wszystko poza murami kliniki to wariatkowo. Znamiennym jest, że akurat Robert był najbardziej odjechanym spośród nas. Większość z moich terapeutyzowanych kolegów to byli ludzie z nerwicą lub depresją, czyli tak jakby „normalni”. On miał natręctwa, być może był też trochę opóźniony, a kontakt z nim był trudny. Mimo swojej rzucającej się w oczy dziwności nieraz zaskakiwał trafnością obserwacji, i to w sytuacjach, gdzie wydawało się, że jest kompletnie nieobecny. Nie wiem, jaką postawiono mu ostatecznie diagnozę, ale w każdym razie w duchu bardzo mocno przyznałam mu wtedy rację. A to dlatego, że te trzy miesiące terapii to był jedyny czas w moim życiu, kiedy naprawdę dowiadywałam się czegoś o sobie. I o innych. Kiedy ludzie ze sobą naprawdę Rozmawiali, szczerze, choć czasem nieznośnie boleśnie. Było coś zaskakująco normalnego w tej porąbanej sytuacji, że kilkanaście dorosłych osób siada w kółku i opowiada sobie rzeczy, o których wolałoby nigdy nikomu nie mówić. A potem idą rysować. A potem grają na bębenkach. I tak codziennie.

Wtedy feedback dostawałam często taki, że próbuję być kimś, kim nie jestem. Że próbuję być niezależna, silna i niezłomna, chociaż w środku jestem miękką małżą. Od tamtej terapii minęło już sześć lat, a ja dalej łapię się na tym, że chowam swoje słabości nawet przed sobą samą, że nie daję sobie prawa do nich i czasem nawet czuję agresję do samej siebie za to, że nie jestem taka, jaką sobie siebie wymyśliłam. Idealna. Przebojowa. Supermądra. Szalenie zabawna. Seksbomba. Po prostu Fajna.

Tani melodramatyzm, szukanie poklasku?

Zarzucano autorce, że wywlekając taniomelodramatyczne szczegóły ze swojego życia, chce zrobić z siebie celebrytkę. Bzdura. Nie sądzę, że mógłby tak pomyśleć ktokolwiek, kto tę książkę w istocie przeczytał. Ona przez całą książkę pisze raczej o tym, jak bardzo się tą celebrytką nie czuje ani czuć nie chce. Jak bardzo fasada cool laski z telewizji była niezgodna z jej wnętrzem. Styl autorki z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. „Najgorszy człowiek na świecie” zawiera mnóstwo wulgaryzmów, a prosty język, często potoczny, sprawia, że czasami czyta się to trochę jak czyjś pamiętnik. Książka ta bardziej mi przypomina – momentami nierówny – strumień świadomości autorki, niż poukładaną i spójną historię z fabułą i bohaterami. Chociaż de facto jest historią – opowieścią o latach zmagań z własnymi demonami. Cholernie autentyczną, do bólu szczerą, taką jakąś nagą. Wchłonęłam tę opowieść w parę wieczorów, bo mimo, że treść jest poruszająca, to dzięki prostej formie nie jest trudna w odbiorze. A przy tym, między wulgaryzmami i potocyzmami, udało się autorce trochę nieśmiało, trochę przepraszając za coelhizmy, wtrącić kilka naprawdę trafnych obserwacji. Takich, wiecie, do podkreślenia odblaskowym mazakiem.

Dla kogo i po co?

Najgorsze, że gdybym w końcu kiedyś zapragnęła napisać książkę, to nie bardzo wiem o czym, bo to, co mam w głowie, tak najbardziej wewnętrz mnie jak się da, nawet to, o czym wolę udawać, że nie istnieje – to wszystko znalazłam w tej książce. Im dalej brnęłam w treść, tym bardziej byłam przerażona, że ktoś oto pisze o mnie. O moich lękach, bólach, o mojej głowie chorej i nieprawidłowej.

Czy „Najgorszy człowiek na świecie” jest dla każdego? O tak, zdecydowanie. Przede wszystkim każdy, kto nie ma bladego pojęcia (albo ma mylne) o tym, na czym polega terapia, być może nieco lepiej zrozumie, o co chodzi w całym procesie i po co nam jest terapeuta. Każdy, kto wie, że ma jakiś problem ze sobą, ale w swojej arogancji uważa, że poradzi sobie sam, bo co mu tam jakiś terapeuta będzie mówił, jak ma żyć – może skuma, że terapeuta nie mówi, jak kto ma żyć, tylko naprowadza na alternatywy dla sytuacji, w których nie mieliśmy pojęcia, że jakieś alternatywy w ogóle istnieją. Każdy, komu się wydaje, że wie wszystko o sobie i więcej dowiedzieć się nie może, bo jest Mądrzejszy i bardziej Świadomy od Reszty Ludzkości – może nabierze podejrzeń, że jednak nie wie wszystkiego. Każdy, kto czasem zawija się w kołdrowe burrito chcąc tam zostać na zawsze, i nie wie dlaczego właściwie, pocieszy się odkryciem, że to częsta reakcja na to, co fundujemy sami sobie. Bo nie każdy ma ciągoty do alkoholu czy zadatki na alkoholika. Nie każdy nawet ma problemy emocjonalne czy z własną tożsamością. I być może większość z Was się początkowo nie utożsami z Krystyną. Ale każdy o wrażliwości większej od ameby odnajdzie tam siebie, bo „Najgorszy człowiek na świecie” to książka o tym, jacy jesteśmy naprawdę.

  • Dobra książka, miałam przyjemność przeczytać. Zrobiła na mnie wielkie wrażenie, przeczytałam jednym tchem… Ma u mnie specjalne miejsce na regale ;)

  • Bardzo fajna książka. Nie jest ani biografią ani pracą naukową. Jest opowieścią o tym, że każdy z nas może dosięgnąć dna i często nie wiąże się to z ogólnie przyjętym rozumieniem patologii. Ukazuje ścieżkę w naszej głowie. To trochę przerażające bo uświadamia nam, że ci których tak krytycznie oceniamy jeszcze wczoraj byli tam gdzie my teraz.

  • Z pewnością ta książka by mi się podobała. Słyszałam o niej już dużo, a Twoja recenzja dodatkowo mnie zachęca. Może kiedyś w końcu uda mi się znaleźć na nią czas:)

  • No to mnie zaintrygowałaś! :) Ja też ostatni mam wrażenie, że żyję według scenariusza pisanego przez kogoś innego… :)

    • Cieszę się, że zaintrygowałam. :)
      A z tym scenariuszem – bardzo niefajny stan, warto go przełamać.

  • Z jednej strony chcę sięgnąć po tę książkę, z drugiej nie chcę. Recenzją intrygujesz i poruszasz.
    I taka refleksja mnie mnie przy czytaniu naszła, że obecny świat zbyt dużo od nas wymaga, stąd depresje, nerwice, alkoholizm. Ucieczka.
    Zdecydowałam – sięgnę. Dzięki Ci za podrzucenie tego niebanalnego tytułu.

    • Raczej zachęcam, niż zniechęcam. :) Jest mocna, ale zarazem wchodzi dość gładko. Rozwala, ale to jest chyba takie konstruktywne rozwalenie.

  • pani Mondro

    Gośkę akurat kojarzę bardzo dobrze, sprzed lat, z programów dla małolatów, najpierw tęczowego music boxu, potem vivy… Generalnie zawsze w tej telewizji była i kiedy parę lat temu „ujawniła” swój alkoholowy problem, wcale mnie tym nie zdziwiła. Kupę dzieciaków, dorastających na oczach widzów, ta sława przerosła… żeby tylko wspomnieć Kevina. Zresztą trudno żeby nie, młody wiek ma to do siebie że człowiek jest strasznie wrażliwy na swoim punkcie, przejmuje się… nie wyobrażam sobie, że miałabym być wtedy wystawiona na ostrzał. O książce nie słyszałam, ale przeczytam na bank.

  • Jedni maja książki, drudzy terapie, ja mam po prostu psychicznych znajomych, dzięki którym ciągle przechodzę przyśpieszony kurs rozumienia siebie i ludzi. Myślę, że książka mogłaby mi się spodobać – pod warunkiem że utożsamiłabym się z bohaterką.

    • Myślę, że dość łatwo jest się z nią utożsamić, zwłaszcza jeśli ma się ponadprzeciętną wrażliwość. :)

  • L.

    na mnie ta ksiazka tez zrobila ogromne wrazenie. bardzo mi sie nie podobala jej krytyka w stylu ‚ale to nieprawda, tak sie nie dzieje, to zmyslone’ – czlowieku, ktorys nigdy nie cierpial z powodu zaburzen psychicznych, po prostu zamilcz. uwazam, ze ta ksiazka powinna byc na liscie lektur, jakby tak jak sobie licealisci przeczytali. moze by cos zaczelo pekac. a moze to utopijne.

    • Zmyślone :D to ja cała jestem zmyślona najwyraźniej, bo wszystko o czym ona pisała to ja, tylko odjąć nałogi.

      Utopijne chyba. Ale kto wie.

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo. Chcesz pogapić się na świat z loży szyderców? Siadaj!

Fanpage

Instagram

Dobrego poniedziałku!
#perspektywa #ma #znaczenie #tasamaosoba #tensamczas #roznepunktywidzenia #dystanskierwa #autoportret #twarz #ladna #brzydka #poniedzialek #perspectivematters #selfie #face #pretty #ugly #sameperson #sametime #differentangles #funny #isntitironic #happymonday
Kiedyś natura z nami wygra i nie mogę się powstrzymać żeby jej nie kibicować. A na zdjęciach Praga Północna i jej typowa flora. #praga #pragapolnoc #warszawa #mury #starebudynki #drzewowmurze #kropladrążyskałę #natura #mojemiasto #warsaw #oldbuilding #nature
A u nas trochę zmian. Książę T przy akompaniamencie własnego dramatycznego szlochu został pozbawiony swoich kudłatych loczków. Nie lubi okołowłosowych operacji, ale już trzeba było. Wygląda teraz jak prawdziwy Prażanin. No i dużo doroślej;) Wymieniliśmy też jego łóżko na doroślejsze i oddaliśmy do jego dyspozycji cały jeden pokój. Rewolucja w mieszkaniu zaowocowała generalnymi porządkami:) ale ja to w sumie uwielbiam pozbywać się rzeczy. Więc padam na ryj, ale ogólnie na plus. I mam już prawie dorosłego syna. :P #mojewszystko #dziecko #syn #matka #instamama #instadziecko #bajki #tablet #samozło #prawiedorosły #pokojdziecka #kid #son #proudmommy #instakid #kidsroom #cartoon #drivingnuts
Teneryfa po polsku.
#bloto #woda #brud #szczesliwedziecko #szlauf #wąż #stylowekapcie #prawiecrocksy #modabardzo #wakacje #relaks #weekend #orkanaugorze #dzialka #kopaniedolow #parasol #slonce #dziecko #syn #mojewszystko #mug #water #dirt #dirtykid #relax #butalsowork #drivingnuts
A kuku mama. A kuku tata. A kuku miau. Czyli priorytety w życiu ✌🏻#czapka #kapelusz #nowamoda #pudelkonaglowie #cylinder #zabawa #klocki #dziecko #syn #mojewszystko #macierzynstwo #rodzicielstwo #dziecinstwo #hat #fun #kid #kidsofinstagram #instalike #instapic #instaphoto #funny #drivingnuts
"Pucio uczy się mówić" - wczoraj odebraliśmy przesyłkę, dziś czytaliśmy już ze trzy razy. Pierwsze wrażenie - super. Obojgu nam się podoba. 😂 Zobaczymy, czy rzeczywiście pomoże Księciuniowi w nauce mówienia. 🙊 #dziecko #ksiazka #ksiazkadladzieci #dzieckoczyta #czytanie #czytamy #naukamowienia #pucio #puciouczysiemowic #zabawylogopedyczne #naukaprzezzabawe #macierzynstwo #rodzicielstwo #syn #mojewszystko #jestembojestes #dzieciczytają #kid #reading #book #bookstagram #bookforkids #learning #fun #kidsbooks #kidsofinstagram #drivingnuts
W Ikeła kupuje się nie tylko meble i garnki. Mi na przykład coś ostatnio odbiło i zaczęłam rysować, a od jutra będę malować. Bo kto mi zabroni:D 🤓✍🏻👩🏻‍🎨🙈 pikny kubek zaś nabyłam ku pokrzepieniu serduszka, znaczy się aby w nim zaparzać jakąś niezwykle hipsterską herbatę i pobudzać swą wenę twórczą. Czy coś. 😂 #drobneprzyjemnosci #zakupy #kreatywnezakupy #kolorowezakupy #kolory #farby #pedzle #kubek #pisaki #ikea #bedeartystko #color #colors #colour #colours #painting #drawing #creativity #shopping #mug #instagood #instapic #instalike #instaphoto #drivingnuts #flatlay
Miłego wieczoru. Ja właśnie wzięłam i ocipiałam. Polecam. 🙈✌🏻💅🏻👄🤳🏻 #ocipienie #zawszenapropsie #normalnosc #jestnudna #face #twarz #selfie #samojebka #dziwneminy #miny #weird #weirdo #weirdface #funnyface #blackandwhite #b&w #boomerang #dziwolag #czarnobiale #funny #drivingnuts
Instytut PAN, stacja badawcza w Popielnie. Tam właśnie żyją koniki polskie, potomkowie nieistniejących już tarpanów. Niektóre są w zagrodach, inne żyją w rezerwacie i jadąc przez las samochodem można je spotkać:) fajne miejsce na mapie Mazur. #popielno #mazury #konikipolskie #wakacje #lato #konie #polska #masuria #holidays #summer #horses #poland #horse #instaphoto #instapic #instalike #drivingnuts

Snapchat

Snapchat

Follow drivingnuts on Snapchat!