Nerwica to nie Woody Allen


Nerwica to nie Woody Allen. To nie liczenie kafelków na ścianie i lamp w kościele. To nie sprawdzanie 17 razy, czy gaz zakręcony i wyłączone żelazko.

Nerwica jest wtedy, gdy patrzysz w lustro i pukasz się w czoło z politowaniem, ale to niczego nie zmienia, bo dalej robisz tak, jak czujesz. A czujesz źle.

Ale od początku. Od dawna chciałam napisać o nerwicy, bo to moja stara znajoma, która próbowała mnie kiedyś zeżreć, ale się nie dałam. Znam jednak ludzi, którzy się dawali, dają i dawać będą, i którzy już nie pamiętają normalnego życia, bo ich nerwica przeżywa je za nich. Trudno. Nie można nikogo uratować na siłę.

Jestem trochę wkurzona, bo nerwica z jakiegoś powodu nie robi takiej zawrotnej kariery, jak jej kuzynka, depresja. Depresja, ooo, tu jest się czym pochwalić. Są filmy o depresji, książki o depresji, strony o depresji, są gwiazdy, które przyznały się do depresji, depresja jest trochę jak alergia albo nietolerancja glutenu: niby nie masz na to wpływu, niby to nic przyjemnego, ale jaki prestiż!

Nerwica to takie nie wiadomo co. Może to bycie dziwakiem, a może po prostu bycie bardzo nerwową, wrażliwą istotą. Mało atrakcyjne. Tu się nawet zgodzę: to nie jest nic fajnego. Ale mały rozgłos dobrze by zrobił światu, bo wiecie, ciągnie swój do swego, spora część moich znajomych to nerwicowcy. Większość z nich od lat powtarza „tak, tak, muszę się w końcu zapisać na terapię” i w momencie kończenia tego zdania już wyrzucają z mózgu myśl o dzwonieniu dokądkolwiek. A tak się składa, że życie z osobą z zaburzeniami raczej nie wpływa pozytywnie na psychikę nawet zupełnie zdrowego człowieka. Nerwica to dla wielu taki Woody Allen – takie zabawne dziwactwo neurotyka-artysty. Wydziwianie takie.

Skąd mi się wziął temat nerwicy akurat teraz? Wydawało mi się, że w miarę nieźle sobie już z nią radzę. Że ogarniam te jej sztuczki, trenuję jeżdżenie metrem i windami, znam techniki relaksacyjne, no i raczej nie kieruję się emocjami. Znam siebie i swoją głowę całkiem nieźle. Ale z drugiej strony, wciąż zdarza się, że ta cholera utrudnia mi życie. Na przykład nadal nic nie wpienia mnie tak, jak… ludzkie spojrzenia. To jest takie uczucie, jakby patrzeć prosto w słońce. Nie boli, ale wpienia, przeszkadza, doprowadza do szału. Razi.

Nie to, żebym miała trzecią rękę na czole albo ogon za lewym uchem. Nie to, żebym była niewiarygodnie piękna. Albo niewiarygodnie brzydka. Ludzie nie przyglądają mi się bardziej, niż innym wokół. Ale te prześlizgujące się po moim jestestwie spojrzenia, te spojrzenia bezmyślne całkiem, bezczelne, przypadkowe, wnikliwe lub raczej patrzące bardziej przeze mnie, niż na mnie – te spojrzenia to jest coś, co wytrąca mnie z równowagi, zwłaszcza, gdy nerwica jest akurat rozhulana.

Nie nienawidzę ludzi. Owszem, w tłumie dostaję paniki, a na ruchliwej ulicy błyskawicznie robię się wściekła. Ale nie nienawidzę ludzi jako takich. Ba, ja uważam, że każdemu jak psu zupa należy się szacunek. Tak: pijakowi, zabójcy, kurwie, tipsiarze, blacharze, kibolowi, komuś innej rasy, innego wyznania czy innej narodowości i wszystkim innym, których zwykliśmy mieszać z błotem, bo nasze malutkie ego się wtedy przyjemnie pompuje i jest nam przez chwilę lżej samym ze sobą. Wszystkim. Nie ma nic gorszego, niż litość czy pogarda.

To prawda, że nie przepadam za obcymi ludźmi, nie cierpię rozmawiać przez telefon, a na klatce schodowej uciekam przed sąsiadami, ale wiem jednocześnie, że pewnie gdybym im dała szansę, gdybym porozmawiała, poznała lepiej – to w większości tych ludzi znalazłoby się coś fajnego. Choćby i drobiazg. Gdybym ich oswoiła, to te spojrzenia nie byłyby już ukłuciami.

No ale nie daję im szansy, bo oni patrzą.

Świadomość, że obcy człowiek wzrokiem narusza moją wielką, bezpieczną barierę drażni nieznośnie całą powierzchnię mojego umysłu. Stuprocentowa anonimowość jest moim niedoścignionym marzeniem. Albo przezroczystość na życzenie.

To dlatego uciekam przed sąsiadami na klatkach schodowych. To dlatego mam nadzieję, że nikt się do mnie nie dosiądzie w windzie. To dlatego w tramwaju nie umiem słuchać zbyt głośno muzyki ani przeglądać internetu. Nie chcę, żeby ten człeczyna po prawej wiedział, że słucham właśnie Eminema. Nie chcę, żeby ta baba za mną widziała, że czytam o oszczędzaniu pieniędzy. Niech spadają. Niech dadzą mi spokój. Niech będą dziesięć metrów ode mnie.

Przez całe gimnazjum i liceum jeździłam do i ze szkoły z wiolonczelą. Widzicie to? Anorektycznie chude dziewczę w glanach, torba urywająca się od podręczników i niemała wiolonczela. Dziewczę z męką wymalowaną na twarzy wpakowuje to wszystko do tramwaju 24, w którym ludzie już i tak zwisają z sufitu w koszmarnym ścisku. Ludzie się gapią. Zastanawiają, co to. Czy nie karabin? Wielka gitara? Mały kontrabas? A może organy? Normalny człowiek by to olał albo przynajmniej się przyzwyczaił. Ale nie moja znerwicowana dyńka, nie, ona do samej matury przeżywała męki od tych spojrzeń.

Od czasów liceum moja niezdrowa głowa poczyniła ogromne postępy. Ale nerwica towarzyszy mi każdego dnia, a ostatnio powróciła pod taką postacią: gdy przez wiele dni mówiłam sobie, że dziś już na pewno idę pobiegać, lecz z jakiegoś powodu każdego dnia okazywało się to zupełnie niewykonalne. W końcu rozgryzłam. Chodziło o strój do biegania. Przecież będę musiała włożyć buty do biegania i legginsy. Będę musiała wyjść tak na ruchliwą ulicę i zmierzyć się z myślą, że ci ludzie w autobusie, babcie sterczące z okien bloku, ochroniarz w bramie, każdy jeden przechodzień, pan w kebabie i dziwna dziewczynka z parteru – oni wszyscy będą wiedzieli, że właśnie idę biegać. (Już wystarczającą męką było zeszłoroczne paradowanie po świecie z wielkim brzuchem, gdy wszyscy od razu wiedzieli, że lada moment będę czyjąś starą).

Ogarnęłam przyczynę problemu i w końcu się przełamałam – w swoim biegowym stroju przemarszowałam kawał drogi, by dotrzeć do parku. Tam to nieprzyjemne uczucie zniknęło bez śladu. Wtopiłam się w krajobraz innych biegających, spacerujących i jeżdżących. Ale od tamtego czasu znów walczę ze sobą. Jak by tu się teleportować do parku? Może P. by mnie podrzucił samochodem? Może jednak nie chcę biegać? Może boli mnie kolanko? Może umrę gruba?

Tak właśnie wygląda życie z nerwicą. Lata mijają, a ja wciąż demaskuję idiotyzmy, które funduje mi moja własna głowa.

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo.

Fanpage

Instagram

Albo na przykład kiedy masz good hair day i stwierdzasz, że to świetna okazja, by wreszcie jak prawdziwy człowiek zrobić sobie selfie z kaczym dzióbkiem, takie seksi, zachęcające do interakcji, takie sugerujące że twarz ma się ładną i młodą i o wspaniałych rysach... ...A potem się okazuje, że nic się nie zmieniło, dalej masz wewnętrznie pięć lat, kuku na muniu i ryj urodziwy tak se, ale plastyczny za to. Och well, tak już musi zostać. Nierobienie dziwnych min do zdjęcia jest dla mnie sztuką wyższą, którą tyleż podziwiam, co jej nie pojmuję.  #selfie #ryj #funnyface #tryingtobegrownup #failed #instaphoto #instapic #funny #polishgirl #polishwoman #face #weirdo #childish #drivingnuts
Takie było moje lato.  Mały, ale i całkiem już duży człowiek, coraz intensywniej poznający świat. I ja, rozdarta między chęcią cierpliwego pokazania mu każdego źdźbła trawy, a potrzebą ciszy, spokoju i samotności. Bywało burzliwe, a bywało też wspaniale. Czasem bywało między nami chłodno, ale to nigdy nie trwa długo 😉  Z kolei lato jeszcze trochę potrwa, ale wrzesień jakoś "zalicza się" nieoficjalnie do jesieni. Czekam z utęsknieniem na tę jesień i wreszcie trochę powietrza. 🥵  #summer #summertime #holiday #kidstagram #kid #boy #ladybird #parenting #chill
Weselny weekend na Mazurach 😍 było pięknie, it łoz bjutiful.
#couple #wife #husband #weddingguests #masuria #mazury #selfie #mirrorselfie #landscape #sunset
Sypialnia T, a dalej nasza. Tak teraz wyglądają. Na szczęście już tam nie mieszkamy 😂  #remoncik #homedecor #homedecorpragapolnoc #jestklimat #instaphoto #desertedhouse #ruins
Baj baj cienie do powiek. #piecminutmnieniebylo #zycieztrzylatkiem #parenting #3yo #kids #zapomnialamjaksierobihasztagi
Rośnie nam (łudzę się) jeden z niewielu przyszłych czytelników książek (i jeden z zapewne wielu miłośników leżaków). #kid #boy #summer #holiday #masuria #reading #bookstagram #book #chill #chillout #ksiazet #t #wakacje #mazury #czytaniejestsexy #czytanie #książka #mazury #drivingnuts
Kiedy kochasz słodycze tak bardzo, że przyjaciele zabierają Cię na najsłodszy deser świata, by eksperymentalnie sprawdzić, czy podołasz... prawie podołałam, troszkę napoju zostało. Ale hej, bita śmietana, donut, orzeszki, masło orzechowa i polewy (czekoladowa+toffi) - wylądowały w moim brzuszku. 😏 Omnomnom. Jak ktoś ma ochotę zamordować swoją trzustkę, to wpadajcie do naleśnikarni Lalka 😂 #bylopyszne #alejapierdziu #ilecukru #deser #koktajl #dessert #cocktail #sweets #sugar #alotofsugar #omnomnom #yummy #friends #hangout #chill #eat #eatwhatyouwant #drivingnuts
Mamo, tato, przyniosłem ciastka. #ciastkazkrowy #ciastkazeswinki #ciastkazludzi #omg #rodzicielstwo #parenting #kid #boy #son #cooking #toys #weirdmornings #2yo #dwulatek #drivingnuts
Find the door. #porto #portugal #visitporto #visitportugal #holiday #door #doors #colors #collage #vacation #instadaily #instagood #drivingnuts