Złe matki, czyli jak zostałam świętojebliwą mateczką


Matki są w Internecie niezbyt uwielbianą grupą społeczną. Znienawidzone mniej, niż feministki, ale chyba jednak bardziej od ekologów czy obrońców zwierząt.

-> Matki trzymają się razem i tworzą zwarte szeregi roszczeniowych babsztyli, które nie dość, że uważają, że wszystko im się należy, to jeszcze – co jest stokroć bardziej denerwujące – że ich bachorom należy się wszystko.

Tak to wygląda, dopóki sama nie zostaniesz matką. Wtedy dołączasz do tego grona i pomału odkrywasz, że tak naprawdę matki to Internet w Internecie. Masz dobre matki i złe matki, idealne matki i mające wyjebane matki, matki karierowiczki i matki kury domowe. Tworzą grupy wsparcia, w których każda styrana codziennością mamuśka wreszcie poczuje się zrozumiana. Ale tworzą też grupy wzajemnej adoracji, gdzie w każdej chwili możesz dostać kurwą w twarz, bo napisałaś coś, co nie zgadza się z ogólnie panującym poglądem. Matki są jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. W niektórych zaś matczynych społecznościach panuje niepisana rywalizacja. O to, która jest lepszą matką. Lub o to, która jest… gorszą.

Matki, które się zbuntowały

Ostatnio coraz modniejszy robi się trend niepokornego macierzyństwa. Wystarczy spojrzeć na sukces fanpage’a „Chujowa Pani Domu”, czy segrittowego „Zła Matka”, by zauważyć, że spora część kobiet ma po dziurki w nosie prób sprostania wizerunkowi idealnej domowej kurki, która z uśmiechem od ucha do ucha o siódmej rano ściera dziecku gile z nosa, srakę z tyłka, robi mężowi kanapki do pracy, a następnie bierze się za sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie, zabawianie, spacerowanie, zakupy, karmienie, kąpanie. I zmęczonemu po pracy mężowi jeszcze kolację poda i zrobi loda. No nie. Kobiety z ulgą odkrywają takie miejsca dla „złych matek”, w których mogą otwarcie przyznać, że wolą spełniać własne oczekiwania, niż wszystkich wokół, i że wolą kierować się własnym rozsądkiem, niż przesądami. I że mają – wreszcie – dość asertywności, by w tym wszystkim pamiętać o własnych potrzebach.

I ja sądziłam, że jestem taką matką. Prawdę mówiąc, wyobrażałam sobie z jakiegoś powodu, że jestem jedną z najbardziej wyluzowanych matek na ziemskim globie, i że takiego wyjebania na wszystko, jakie mam ja, to ze świecą szukać. Szczerze nie trawię mateczek uduchowionych swoim macierzyństwem, tych wszystkowiedzących, tych świętojebliwych albo tych – tych chyba najbardziej – kierujących się głównie zabobonami i przesądami w stylu czerwona wstążeczka przy wózku albo, że dietę trzeba rozszerzać od czwartego miesiąca, bo tak powiedziała ciotka Klotylda. Matek sterylnych nie zdzierżę, tych, co to każą dezynfekować dłonie przed przekroczeniem progu domostwa. Tych, co każą głos ściszać przy dziecku. Tych, którym wraz z łożyskiem mózg wypadł i przestały już być tymi Kasiami czy Asiami co dawniej, a stały się Matkami i koniec.

Wyluzowanie kontra kij w dupie

Żyłam więc sobie radośnie w bańce wizji własnego wyluzowania. Obejrzałam nawet film „Złe mamuśki” (nastawiałam się, że może być śmiesznie; niestety rozczarowanie – Mila Kunis jak zwykle daje radę, ale film durny do porzygu). Aż tu nagle odkryłam istnienie kolejnej fejsbukowej grupy dla „wyluzowanych” matek. Radośnie dołączyłam. I moim oczom ukazały się posty, w których matki się przedstawiają i zarazem tłumaczą, czemu tu trafiły:

-> mama chwaląca się, że w przypadku, gdy dziecko wpada w histerię i rzuca się na podłogę, to ona idzie na balkon zapalić

-> mama pytająca, czy tylko ona daje dzieciom codziennie coca-colę (i po co inni jej mówią, że to niezdrowe, przecież wie)

-> mama informująca, że od 4 miesiąca karmi dziecko marchewką i sztucznym mlekiem, bo tak jej wygodnie

-> mama wyznająca, że z ojcem dzieci „hardkorowo” się wyzywają przy latoroślach

-> mamy chwalące się, że ich dzieci żywią się głównie McDonald’sem, kotletami i słodyczami

-> mamy chwalące się, że ich dzieci całymi dniami oglądają bajki i grają w gry

I tak dalej. No i tak to sobie czytam i czytam, uczucia mam coraz bardziej mieszane, bo moje dotychczasowe poczucie wielkiego wyluzowania jakoś nie współgra z tym, że takie posty wcale a wcale nie wydają mi się zabawne. Między nimi oczywiście było sporo wypowiedzi (zdecydowana większość, na szczęście) mamuś, które po prostu czasem mają dość, które hektolitrami piją kawę, by nie zwariować, pożerają czekoladę w ukryciu, zmuszają partnerów, by współuczestniczyli w życiu domowego ogniska nie tylko poprzez siedzenie na kanapie z pilotem w ręku i zamawiają pizzę, gdy nie chce im się gotować. Chociaż nie zawsze są natchnione i często mają w dupie porządek w chacie albo czyste ubranka, to jednak dobro dziecka jest dla nich jakimś tam priorytetem. Niestety pod tymi mniej zabawnymi postami widziałam podejrzanie dużo komentarzy w tonacji „ale jesteś super złą matką”, tak jakby to było jakieś niesamowite osiągnięcie. Właściwie – która bardziej zła, ta wygrywa w tym niepisanym rankingu na gwiazdę wśród złych matek.

Się nie dajmy zwariować

No i w czym problem – zapytacie. Nie podoba się, to zabieraj dupę w troki, wypisz się z grupy i nara. Nikt nie każe tego czytać, nikt nie każe się udzielać. I tak też zrobiłam. Tylko długo nie mogłam się oswoić z myślą, że w gruncie rzeczy, najwyraźniej jestem jedną z tych nawiedzonych, świętojebliwych mateczek. Naprawdę nią jestem! Bo przecież rodziłam syna naturalnie (zero instynktu samozachowawczego) i karmiłam piersią ponad rok (patologia), długo pozwalałam mu z nami spać w łóżku i częściowo wierzę w rodzicielstwo bliskości (idiotyzm i kolejna głupia moda), nawet jeśli nie wszystko wdrażam w życie. Chustowałam go nawet trochę (nawiedzona). Czytałam miliony artykułów o tym, jakie nosidło jest zdrowe dla bioder dziecka, jaki fotelik samochodowy jest najbezpieczniejszy, szczepić czy nie szczepić, jak prawidłowo karmią piersią, kiedy rozszerzać dietę, i tak dalej, i tak dalej. Mimo tego naiwnie myślałam, że to po prostu zdrowy rozsądek, a nie kuku na muniu, i że skoro nie płaczę, gdy syn zeżre jakieś resztki, które sam wcześniej wywalił na podłogę, to jestem wyluzowaną matką. I skoro bez większego stresu wyjmuję mu z japy kawałki kojca albo ściany, to jestem wyluzowaną matką. I skoro nie wyrzuciłam z domu psa, kota ani szklanego stołu. Ale gdzie tu wyluzowanie, skoro przewijam go, gdy się zesra, kąpię częściej niż raz w tygodniu, staram się dawkować mu bajki, a chociaż w kwestii słodyczy był moment, że uległam słabości, to teraz znowu ma ban na cukier i nawet jogurtom sprawdzam skład. No to gdzie ja, a gdzie te naprawdę wyluzowane matki, które co prawda najwyraźniej nie kierują się ani dobrem dziecka, ani intuicją, ani choćby zdrowym rozsądkiem, ale za to są dumne, że „się nie dały zwariować”.

Dla mnie „się nie danie zwariować” jednak jest czymś innym. Granica między byciem żartobliwie niepokorną „złą matką”, a zwyczajnie niedbałą, bezmyślną czy nawet nieodpowiedzialną matką, jest niebezpiecznie cienka. Oczywiście nie jest jasno ustalone, kiedy matka jest dobra, a kiedy już zła. We mnie nie ma zgody na wszystko to, o czym wiadomo, że szkodzi dziecku. Kształtowanie nawyków żywieniowych takich, jak regularne fastfoody, cola i słodycze, rzucanie sobie nawzajem obelg na oczach dziecka, nieuzasadnione przedwczesne rozszerzanie diety, zabijanie dziecięcej kreatywności i ciekawości świata ekranem telewizora, komputera czy tabletu, wiara w głupie mity, niereagowanie na sygnały dziecka, że coś jest nie tak – to wszystko na dłuższą metę jest szkodliwe. Szkodliwe nie w imię tego, że matka ma odmienne, lecz równie ważne potrzeby, lecz w imię tego, że matka ma wyjebane. Szkodliwe w sposób dość jasny i klarowny, który można łatwo wyguglać, jeśliby któraś miała wątpliwości. I hej, wiem, że CZASEM można mieć dość, można wybuchnąć, może być już wszystko jedno. Wtedy krzyczymy, rzucamy przedmiotami, wychodzimy z pokoju, klniemy pod nosem, zatykamy dziecko batonem, błagamy w duchu, by przyszedł ktoś i to nasze ukochane dziecko wziął od nas chociaż na kwadrans, ewentualnie tydzień. To jest normalne. Chyba, że staje się normą. No to wtedy już nie jest normalne.

Złe matki, ale grupa dobra

Takie grupy mają szansę być naprawdę wartościowym miejscem dla wszystkich kobiet, które nie ulegają propagandzie macierzyńskiego sukcesu i wolą się wyluzować, cieszyć chwilą oraz dbać o siebie, niż spinać poślady w wyścigu o to, czyje dzieci znają więcej języków i której podłoga w kuchni jest bardziej sterylna. Tylko że skąd niektóre z nich, zwłaszcza te bardzo młode (najmłodsza, jaką widziałam na owej grupie, deklarowała, że ma 18 lat), mają wiedzieć, że coś jest szkodliwe albo krzywdzące dla ich malucha? Skoro tkwią w społeczności utwierdzającej je, że wyjebanie na wszystko jest ekstra, zapal Viceroya, napij się wódki i daj dziecku czekoladę, żeby się zamknęło. A jak nie podziała, to odpal mu tablet. I potem się dziwić, że nasze społeczeństwo to banda debili. Nie ulegajmy modzie na perfekcyjne macierzyństwo, ale nie ulegajmy też modzie na to, by mieć wszystko w dupie. Nie bijmy brawa matkom, które się chwalą, że co dzień piją przy dzieciach albo dzień w dzień faszerują je słodyczami. Bo są takie odważne, że się głośno do tego przyznają? Serio tylko na taką odwagę nas stać? Jasne, zdarza się każdemu mieć gorszy dzień, popełnić karygodny błąd, czegoś nie wiedzieć, na coś nie mieć siły, a czegoś mieć po dziurki w nosie. Różnica polega na tym, czy ten ktoś traktuje to jako chwilę słabości, do której ma pełne prawo, czy raczej będzie się tym chwalił na forum i zbierał brawa, które w rzeczywistości mają utwierdzić pozostałe mające-wyjebane-matki, że powinny zagłuszyć ewentualne wyrzuty sumienia. Brawo brawo, jesteśmy takie złe, a korona dla tej, która jako pierwsza pochwali się, że tłucze dzieciaka? Nie zamierzam mówić nikomu, jak ma żyć, ale pochwały głupoty – szczerze – nie rozumiem.

Ja jestem matką zmęczoną, niecierpliwą i nieco sfrustrowaną. Moje dziecko czasem jada słodycze, czasem uciszam je smoczkiem, rano – gdy ja jeszcze śpię – ogląda bajki, było już nawet w makdonaldzie. Niby daleko mi do kuku na muniu pod tytułem „macierzyństwo to sens mojego życia i wszystko musi być perfekcyjnie”, a jednak na tej grupie poczułam się nieswojo, jak jakaś nawiedzona.

Jestem za tym, by być wyluzowanym rodzicem. By interesować się przede wszystkim własnym domem i rodziną, a innym ludziom dać żyć po swojemu. By oddelegowywać obowiązki domowe. By się nie spinać, ani nie rywalizować. By skupiać się na tym, co jest naprawdę ważne, a pierdoły zostawić na sam koniec. By kierować się zdrowym rozsądkiem i dopuszczać do głosu własną intuicję. By dziecko uczyć samodzielności i nie przesadzać z parasolem ochronnym. By dbać o swoje własne potrzeby i pragnienia. Ale nie jestem za tym, by naszym celem nadrzędnym był święty spokój, a środkiem do niego wyjebanie na wszystko, głupota i bylejakość. Bo nie chcę żyć wśród ludzi głupich i bylejakich. No nie chcę.

  • Kurde, musisz być fajną mamą!

    Ja to się raczej nigdy nie rozmnożę, ale kręcą mnie z psychologicznego punktu widzenia takie rozkminy. Może nawet kupię książkę Segritty pod wdzięcznym tytułem „Złe matki są najlepsze”.

    • Staram się być fajna, ale to wcale nie jest proste. Przede wszystkim cholernie trudno jest złapać balans między nakierunkowaniem na potrzeby dziecka a pamiętaniem w tym wszystkim o sobie. Poza tym zwyczajnie brakuje mi cierpliwości do małego człowieka, który tę cierpliwość – do czego ma pełne prawo, wiem – coraz częściej testuje.

      Książki Segritty jeszcze nie mam, ale pewnie się na nią skuszę, bo jej fanpage „Zła matka” wielbię bardzo. To jest właśnie takie miejsce dla matek, które mają priorytety w miarę sensownie wyważone. ;)

  • pani Mondro

    Z tym debilizmem społecznym to trafiłaś idealnie, ale to temat rzeka. Co zaś tyczy się matek- ciągle popadamy w skrajności, alb chcemy być perfekcyjne albo chujowe. nie ma środka, jakiejś powiedzmy normalności. Może załóżmy nową grupę ‚Matki, które nie zawsze mają wyjebane’, gdzie jasno będzie powiedziane co jest wyluzowaniem a co głupotą, bo niektórych widać w tak prostych sprawach trzeba edukować.

    • O, to to. Zawsze przegięcie w którąś stronę. Co do grupy, bardzo chętnie, ale ja z moją charyzmą ameby się na to nie piszę ;D

  • To tak, jakby wszystko rozbijało się o poczucie tożsamości. Te matki tak bardzo nie chcą być Mamą Jasia czy Mamą Ani, że walczą o to z dzieckiem. Koszmar. :/ Dziecko zawsze w takiej sytuacji przegra. :(

    • Trochę tak. To tak jakby duzo kobiet nie skumalo, ze mogą byc jednocześnie Mamą i dalej przede wszystkim Sobą. I jedne stają się Matkami i zapominają własna tożsamość, a inne tak się boją nie być sobą, że odrzucają wizję siebie jako Matki.

      • To jeszcze nic! Ja ostatnio gdzieś słyszałam taki monolog do dziecka: Jasiu, jak wróci Tata Jasia to Mama Jasia i Tata Jasia pójdą razem gdzieśtam. Nie ogarniam tak bardzo.

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo. Chcesz pogapić się na świat z loży szyderców? Siadaj!

Fanpage

Instagram

Dobrego poniedziałku!
#perspektywa #ma #znaczenie #tasamaosoba #tensamczas #roznepunktywidzenia #dystanskierwa #autoportret #twarz #ladna #brzydka #poniedzialek #perspectivematters #selfie #face #pretty #ugly #sameperson #sametime #differentangles #funny #isntitironic #happymonday
Kiedyś natura z nami wygra i nie mogę się powstrzymać żeby jej nie kibicować. A na zdjęciach Praga Północna i jej typowa flora. #praga #pragapolnoc #warszawa #mury #starebudynki #drzewowmurze #kropladrążyskałę #natura #mojemiasto #warsaw #oldbuilding #nature
A u nas trochę zmian. Książę T przy akompaniamencie własnego dramatycznego szlochu został pozbawiony swoich kudłatych loczków. Nie lubi okołowłosowych operacji, ale już trzeba było. Wygląda teraz jak prawdziwy Prażanin. No i dużo doroślej;) Wymieniliśmy też jego łóżko na doroślejsze i oddaliśmy do jego dyspozycji cały jeden pokój. Rewolucja w mieszkaniu zaowocowała generalnymi porządkami:) ale ja to w sumie uwielbiam pozbywać się rzeczy. Więc padam na ryj, ale ogólnie na plus. I mam już prawie dorosłego syna. :P #mojewszystko #dziecko #syn #matka #instamama #instadziecko #bajki #tablet #samozło #prawiedorosły #pokojdziecka #kid #son #proudmommy #instakid #kidsroom #cartoon #drivingnuts
Teneryfa po polsku.
#bloto #woda #brud #szczesliwedziecko #szlauf #wąż #stylowekapcie #prawiecrocksy #modabardzo #wakacje #relaks #weekend #orkanaugorze #dzialka #kopaniedolow #parasol #slonce #dziecko #syn #mojewszystko #mug #water #dirt #dirtykid #relax #butalsowork #drivingnuts
A kuku mama. A kuku tata. A kuku miau. Czyli priorytety w życiu ✌🏻#czapka #kapelusz #nowamoda #pudelkonaglowie #cylinder #zabawa #klocki #dziecko #syn #mojewszystko #macierzynstwo #rodzicielstwo #dziecinstwo #hat #fun #kid #kidsofinstagram #instalike #instapic #instaphoto #funny #drivingnuts
"Pucio uczy się mówić" - wczoraj odebraliśmy przesyłkę, dziś czytaliśmy już ze trzy razy. Pierwsze wrażenie - super. Obojgu nam się podoba. 😂 Zobaczymy, czy rzeczywiście pomoże Księciuniowi w nauce mówienia. 🙊 #dziecko #ksiazka #ksiazkadladzieci #dzieckoczyta #czytanie #czytamy #naukamowienia #pucio #puciouczysiemowic #zabawylogopedyczne #naukaprzezzabawe #macierzynstwo #rodzicielstwo #syn #mojewszystko #jestembojestes #dzieciczytają #kid #reading #book #bookstagram #bookforkids #learning #fun #kidsbooks #kidsofinstagram #drivingnuts
W Ikeła kupuje się nie tylko meble i garnki. Mi na przykład coś ostatnio odbiło i zaczęłam rysować, a od jutra będę malować. Bo kto mi zabroni:D 🤓✍🏻👩🏻‍🎨🙈 pikny kubek zaś nabyłam ku pokrzepieniu serduszka, znaczy się aby w nim zaparzać jakąś niezwykle hipsterską herbatę i pobudzać swą wenę twórczą. Czy coś. 😂 #drobneprzyjemnosci #zakupy #kreatywnezakupy #kolorowezakupy #kolory #farby #pedzle #kubek #pisaki #ikea #bedeartystko #color #colors #colour #colours #painting #drawing #creativity #shopping #mug #instagood #instapic #instalike #instaphoto #drivingnuts #flatlay
Miłego wieczoru. Ja właśnie wzięłam i ocipiałam. Polecam. 🙈✌🏻💅🏻👄🤳🏻 #ocipienie #zawszenapropsie #normalnosc #jestnudna #face #twarz #selfie #samojebka #dziwneminy #miny #weird #weirdo #weirdface #funnyface #blackandwhite #b&w #boomerang #dziwolag #czarnobiale #funny #drivingnuts
Instytut PAN, stacja badawcza w Popielnie. Tam właśnie żyją koniki polskie, potomkowie nieistniejących już tarpanów. Niektóre są w zagrodach, inne żyją w rezerwacie i jadąc przez las samochodem można je spotkać:) fajne miejsce na mapie Mazur. #popielno #mazury #konikipolskie #wakacje #lato #konie #polska #masuria #holidays #summer #horses #poland #horse #instaphoto #instapic #instalike #drivingnuts

Snapchat

Snapchat

Follow drivingnuts on Snapchat!