Jak oswoić wilka stepowego


Mija pół roku mojego bycia czyjąś starą i chyba ten fakt jakiejś, mimo wszystko, cezury, skłania mnie ostatnio do ogólnożyciowych rozkminek. Na ten przykład postawiłam sobie ostatnio tezę: „macierzyństwo zrewolucjonizowało moje życie” i zaczęłam ją rozkładać na czynniki pierwsze. Brzmi beznadziejnie, wiem, ale serio, wnioski mnie zaskoczyły.

Gdy pierwszy raz po porodzie wyrwałam się na spotkanie ze znajomymi było spoko, ale nie wytrzymałam długo. Mimo, że było to niedawno, dla mnie było za wcześnie. Dla mnie – nie dla dziecka, o ironio losu. Książę T. świetnie sobie radzi beze mnie, a jego stary… również świetnie sobie radzi beze mnie. To tylko mój mózg jeszcze nie przetrawił tej wiedzy. Ostatnio znowu zaczęłam fundować sobie wychodne. Za pierwszym razem dreptałyśmy z koleżanką przez rondo ONZ i w pewnym momencie ona zapytała mnie, czy tęsknię za T.

– Nie – odparłam bez zastanowienia.

– Nie?

– Tęsknię za moim dawnym życiem, za pracą, ludźmi, nawet za biurem – usłyszałam swoje własne słowa. Akurat była godzina szczytu i z biurowców wysypywali się korpoludzie. Na ulicach korek jak skuwysyn. Zza szyb knajp przezierał widok ludzi siedzących samotnie przy stolikach, z laptopami, kawą, gazetą. Czy im współczułam? Nie, ja im dziko zazdrościłam.

Tęsknota za Księciem T. przyszła później. Trzy godziny od wyjścia z domu.

Następnym razem poszłyśmy do teatru. I wszystko sprawiało mi frajdę: ludzie w tramwaju. Ludzie w teatrze. Spektakl. Miasto. Samochody. Rowerzyści. Rolkarz, który usiłował wpaść pod samochód, ale mu się nie udało. Zamawianie pizzy.

Koleżanka zapytała mnie po spektaklu, czy idziemy jeszcze coś zjeść. I wiecie, co odparłam?

– Nie wiem, muszę zadzwonić do P.

Łoooo. Że co, Natalko?

Oczywiście okazało się, że P. sobie świetnie radził beze mnie, a T. smacznie spał w błogiej nieświadomości, że matka hula na mieście.

Wtedy chyba najdobitniej do mnie dotarło to, co kołatało mi po głowie już od dawna. To nie macierzyństwo wywróciło moje życie do góry nogami. Związek to zrobił. Urodzenie Księcia T. nie zmieniło de facto mnie ani mojego życia, lecz nadało mu inny tor. Nie zmieniło mnie, lecz sprawiło, że stałam się bardziej pro wersją mnie. Idę w innym kierunku, inną drogą. Ale życie jest praktycznie to samo. I ja ta sama.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda z byciem z kimś w związku. Zanim zaczęłam być z P., byłam singielką trzy lata. Początkowo, wiadomo, jak to baba, był dramat, łzy i niktmnieniekocha. Ale gdy doszłam ze sobą do ładu, polubiłam siebie. Polubiłam też siebie jako singielkę i swoje singielkowe życie. I tylko dlatego, że zaakceptowałam bycie solo, mogłam – tak uważam – z czystym sumieniem wejść w kolejny związek. Nie ma bowiem nic gorszego, niż łączenie się w pary z poczucia samotności i potrzeby posiadania kogokolwiek blisko.

Z P. to bynajmniej nie była miłość od pierwszego wejrzenia (znaliśmy się długo wcześniej i mieliśmy o sobie jak najgorsze mniemanie). I chyba mogę to przyznać, bo żadna to tajemnica: długo zastanawiałam się, co ja w ogóle robię, w co ja się pakuję? Związek? Ja i związek? Ja i P.? Czy mnie pogięło?

Cztery miesiące później spontanicznie mu się oświadczyłam. Znaczy się, wielce romantycznie zapytałam, czy się kiedyś hajtniemy, bo nie wiem, czy mam w głowie układać sobie naszą przyszłość pod znakiem rodziny i dzieci. P. filozoficznie stwierdził, że czemu nie. Oficjalnie zaręczyliśmy się po dziewięciu miesiącach od dnia, gdy P. do mnie przyjechał i już został (dziewięć miesięcy jest datą przypadkową, bo o Księciu T. nie było wtedy jeszcze mowy – just sayin’).

Może ja jestem chujowa w związki, no raczej na pewno, ale tym razem przerabiam zdecydowanie wyższy niż kiedykolwiek level bycia z kimś. Temat ślubu na tapecie, dziecko na świecie, mieszkamy ze sobą już w latach, nie miesiącach. I oto znajduję samą siebie na środku tego wszystkiego, niemożebnie i nieustannie zadziwioną, jak ciężka to praca: związek. I że jeszcze żadne z nas nie ma dosyć.

Gdyby mi ktoś pięć lat temu powiedział, że będę szła na kompromisy, nie uwierzyłabym. Że zgodzę się być jedyną jednostką w domu obsługującą pralkę. Że będę wciskać łokieć między żebra chrapiącemu nosorożcowi w moim łóżku. Że tyle razy będę się z kimś kłócić i godzić (wiecie, ja nie jestem kłótliwą osobą, wprost przeciwnie, a P. potrafi mnie doprowadzić do takiej furii, że przedmioty latają). Że spotkam taką wersję siebie – czasem upierdliwą do porzygu (kochanie, rusz dupę z kanapy i chodź spać do łóżka. Kochanie, nie śpij na tej kanapie. Kochanie… KOCHANIE), a czasem machającą ręką na coś, co kiedyś byłoby dla mnie istotne. Dla dobra sprawy.

Pojawienie się T. po prostu przyklepało te wszystkie najdziwniejsze z dziwnych zmiany, które poczyniło w mojej głowie dzielenie z kimś życia.

Czasem tęsknię za czasami, gdy byłam odpowiedzialna za siebie i tylko za siebie, gdy mogłam balować do rana i się nie zastanawiać, co słychać w domu, bo w domu wiedziałam, że śpi kot. Gdy mogłam wydać kasę bez sensu i później nie mieć co jeść. Gdy mogłam się spakować i wyruszyć autostopem przez Europę z człowiekiem z ogłoszenia (true story).

Ale to jest takie samo tęsknienie, jak to za korpożyciem. Tak naprawdę mi tego nie brakuje i tak naprawdę przecież wcale nie zazdroszczę tym ludziom. Wcale naprawdę nie brakuje mi tego pustego łóżka i radzenia sobie ze wszystkim w pojedynkę. Było okej, ale życie z P. jest bardziej okej. Życie w domu z dzieckiem też jest tak naprawdę bardziej okej, niż życie w korpo. Jeszcze nie zapomniałam, jak bardzo nienawidziłam rutyny, wstawania na abstrakcyjną 9 rano. Wykonywania miliona bezsensownych służbowych poleceń po to, by wypełnić mój marnie opłacany czas. Z jednej strony ta rutyna kiedyś uratowała mi życie (ale o tym kiedy indziej), a z drugiej – ileż można? Całe życie – powie ktoś. Na zdrowie. Ja się do tego nie nadaję, z ręką na cycku. I teraz mam problem, bo muszę na nowo wymyślić sobie swoje życie. Przecież bycie kurą domową jest nie dla mnie, praca 9-17 też nie. Kim zostanę, gdy dorosnę?

I może to tylko ja tak mam, bo ja jestem jednak typ samotnika, takiego wilka stepowego, co to się w dodatku zawsze lepiej dogadywał z facetami przy piwie, niż z babami przy herbatce (nie to, że mi brakuje pierwiastka kobiecego, ale mój mózg jest facetem). Ale dla mnie związki trwające po kilkanaście lat to nie tylko abstrakcja i trochę przerażenie, ale też – i przede wszystkim – wielki szacun.

Dziecko? Phi tam. Dziecko, sorry, ale zrobić każdy umie. Utrzymać przy życiu – to też jest do zrobienia. Wychować na szczęśliwego, mądrego człowieka – z tym trudniej, ale in progress. To jest coś, co przychodzi mi trochę instynktownie, a trochę dzięki obserwacji, czytaniu, słuchaniu. To jest o tyle łatwiejsze, że oprócz nielicznych wyjątków, łatwo jest nie przestać kochać swojego dziecka, nawet, gdy jest nieznośne.

Ale nie przestać kochać drugiego – kiedyś całkiem obcego – człowieka, gdy doprowadza cię do szału? Dopasować twoje i jego przyzwyczajenia, poglądy, preferencje, potrzeby tak, by to wszystko razem jako-tako zagrało i na dłuższą metę się nie rozklekotało? Nie zamordować go, gdy chrapie o czwartej rano? Nie wywalić jego rzeczy przez okno, gdy o pierwszej w nocy obrażony wychodzi?

O słodki Jezu.

A jeszcze wyciągnąć z tego wszystkiego dla siebie to, co dobre. Stawać się kimś lepszym dzięki drugiej osobie i być dla niej motywacją do rozwijania się. Wspólnie ciągnąć ten wózek we właściwym kierunku. Nie dać się rutynie, zniechęceniu, złości, zmęczeniu. Cieszyć się każdym dniem, nawet po wielu latach. Nie próbować zmienić drugiego człowieka. Nie spiździeć do cna. Nie rozleniwić się. Wciąż się starać. Wreszcie: umieć wyczuć moment, gdy trzeba powiedzieć „dość” i pójść każde w swoją stronę.

Wielki szacun i chapeau bas dla wszystkich par, którym się udaje. My jesteśmy – mimo wszystko – na początku tej drogi i czasem jestem pełna podziwu dla nas obojga, że się jeszcze nie pozabijaliśmy.

Tak, że ten. Dzieci to pikuś.

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo.

Fanpage

Instagram

Portret mojego męża wykonany przez księciunia T. Myliłby się ten, kto doszukiwałby się tu zarysu twarzy. Dzieło przedstawia brzuch (to okrągłe), na zielono zaznaczona tchawica i płuca, a na bordowo serce i... "rurki". 😳🤔 #motherhood #parenting #kidstagram #kidspainting #body #belly #heart #lungs #kidsart #anatomy #4yo
when ur stuck in the office and you'd rather be in the woods  #office #work #letmeout #naturedesire #woods #forest #cuteness #deer #ohdeer #greenery #creativeteam #creativityatwork #deadlinesmustwait #figuresfromflyingtiger #flyingtiger #insta #instaphoto #instapic
Droga do pracy. W samym środku Wawki. Można 😎 #niceview #nature #morning #warsaw #krolikarnia #sunrise #autumn
Albo na przykład kiedy masz good hair day i stwierdzasz, że to świetna okazja, by wreszcie jak prawdziwy człowiek zrobić sobie selfie z kaczym dzióbkiem, takie seksi, zachęcające do interakcji, takie sugerujące że twarz ma się ładną... A potem się okazuje, że nic się nie zmieniło, dalej masz wewnętrznie pięć lat i nie da się zrobić normalnego zdjęcia. 
#selfie #ryj #funnyface #tryingtobegrownup #failed #instaphoto #instapic #funny #polishgirl #polishwoman #face #weirdo #childish #drivingnuts
Takie było moje lato.  Mały, ale i całkiem już duży człowiek, coraz intensywniej poznający świat. I ja, rozdarta między chęcią cierpliwego pokazania mu każdego źdźbła trawy, a potrzebą ciszy, spokoju i samotności.  #summer #summertime #holiday #kidstagram #kid #boy #ladybird #parenting #chill
Weselny weekend na Mazurach 😍 było pięknie, it łoz bjutiful.
#couple #wife #husband #weddingguests #masuria #mazury #selfie #mirrorselfie #landscape #sunset
Sypialnia T, a dalej nasza. Tak teraz wyglądają. Na szczęście już tam nie mieszkamy 😂  #remoncik #homedecor #homedecorpragapolnoc #jestklimat #instaphoto #desertedhouse #ruins
Baj baj cienie do powiek. #piecminutmnieniebylo #zycieztrzylatkiem #parenting #3yo #kids #zapomnialamjaksierobihasztagi
Rośnie nam (łudzę się) jeden z niewielu przyszłych czytelników książek (i jeden z zapewne wielu miłośników leżaków). #kid #boy #summer #holiday #masuria #reading #bookstagram #book #chill #chillout #ksiazet #t #wakacje #mazury #czytaniejestsexy #czytanie #książka #mazury #drivingnuts