Matka karmiąca na wychodnym. Studium (beznadziejnego) przypadku


„Piątek, piąteczek, piątunio” od pewnego czasu był mi pojęciem cokolwiek odległym i obojętnym. W piątek ludzie wysypywali się ze swoich korpo i szli do domu desperować i oglądać seriale, bądź też szli pić w swoim korpososie.

W piątek wylaszczone niunie szły wić się w klubie do głośnego umpaumpa płynącego z didżejki. W piątek faceci szli trzaskać browary na akord. Ja w piątek robiłam dokładnie to samo, co we wtorek czy niedzielę. Wstawałam, dawałam dziecku cyca, robiłam śniadanie, jadłam śniadanie, szłam z psem, cyc, Facebook, obiad, cyc, Facebook, książka, cyc, blogi, kolacja, serial, Facebook, cyc.

Ten piątek miał być inny. Miał być dowodem na to, że macierzyństwo nie odebrało mi mózgu i jeszcze umiem rozmawiać o czymś innym, niż kupy i rzygi. Miał być moim flashbackiem dawnego życia. Miał mnie uspokoić, że jeszcze nie wszystko stracone, że jeszcze jestem trochę Mną, a nie Zdziadziałym Dziadem. Umówiłam się ze znajomymi, z którymi za dawnych lat wypiliśmy wspólnie morze wódki, nieraz tę wódkę później symultanicznie oddając naturze. Szalone czasy czyli. Przygotowałam dla T. zapas mleka, wyprostowałam kudły i wyruszyłam na miasto, mając niejasne wrażenie, że mimo wszelkich starań, wyglądam jak typowa matka polka.

– Baw się dobrze – nakazał mi P.

– Okej! – odparłam, radośnie nieświadoma faktu, że to nie będzie takie proste zadanie.

Dotarłam do pawilonów i znowu poczułam jak ciotka klotka, widząc przy barze wylaszczone niunie w mini, a za barem spoko laski z tatuażami.

– Co podać? – zapytała barmanka, wyglądająca jak uosobienie bycia spoko. Przez chwilę zapragnęłam być nią. Być ładną, niewysoką i wyluzowaną barmanką z tatuażami. Ale uparcie nadal byłam ciotkoklotkowatą sobą, co gorsza zamówiłam colę, bo przez gardło nie przeszło mi słowo „wódka”. Spoko barmanka uśmiechnęła się z politowaniem, choć na potrzeby chwili, by się nie załamać, przyjęłam, że był to uśmiech wyrozumiały.

Moi znajomi śmiali się, pili piwo, wygłupiali się, rozmawiali o pracy, a ja siedziałam i głównie było mi duszno. Co jakiś czas patrzyłam na telefon, by się upewnić, że P. nie pisał ani nie dzwonił, bo co by było, gdyby Książę T. zaczął rozpaczliwie płakać, a mnie by nie było w pobliżu? No dramat. A czy mu nie zimno? A czy się nie nudzi? A czy P. nie odpadają już plecy od noszenia go? Czy ja jeszcze pamiętam, jak wygląda moje dziecko? Jezusmarianiewidziałamgojużtakdawno.

Kolejnym punktem programu był klub i harce na parkiecie. Przypadkiem trafiło na miejsce o hinduskich aspiracjach. Byłoby spoko, tylko, że mój mózg w odpowiedzi na migające światło i nadmiar bodźców robi mi w głowie jesień średniowiecza, a neurony zaczynają tańczyć kankana. Więc stałam przy barze, ostentacyjnie nie pijąc darmowych drinków dla kobiet, bo przecież cyc się kłania, a tu już za parę godzin pora karmienia. Stałam ironicznie i drwiąco, bo ludzie na parkiecie byli cudownym zobrazowaniem żenady. Ta wyglądająca jak dżdżownica baba wijąca się w zbyt obcisłej tunice. Ten koleś w koszuli w kratę i w okularach, ruszający się z gracją kopulującego morświna. Poezja. Co jakiś czas mój mózg świdrowało palące pytanie, co z Księciem T.? Czy nie tęskni? Stałam i w ręku miętoliłam numerek z szatni, starając się nie patrzeć na migające światełka. (Bardzo śmieszne, pójdź do klubu i staraj się nie patrzeć na migające światełka, ćwierćinteligentna istoto). Szybko poczułam, że jeszcze jeden silny imprezowy bodziec i wgryzę się w jakąś ścianę. Wyznałam więc znajomym, że nic z tego nie będzie. Pożegnałam się z nimi i pojechałam do domu – wróciłam o godzinie 23 jak ostatni lamus. Popadłam w przygnębienie.

– Jestem stara i zgrzybiała – wyjojczałam, gdy już wycałowałam Księcia T. i upewniłam się, że nie zamarzł, nie umarł z głodu i nie zachłysnął się rozpaczliwym szlochem po odkryciu, że nie ma mnie w domu. Oczywiście, on się w ogóle nie skapnął, że matka wyszła.

– Przejdzie ci – pocieszał mnie P., chociaż jednocześnie czynił sobie ze mnie podśmiechujki, a gdy dowiedział się, że reszta towarzystwa poszła baunsować dalej, spytał z wyrzutem: to po co wracałaś?

– Tak, przejdzie mi za dziesięć lat, gdy będę ryczącą czterdziechą i zacznę przeżywać drugą młodość. Pierwsza już się skończyła – zawyłam.

Napisałam sms kumplowi, że oczekuję relacji ze wszystkich przypałowych sytuacji, które będą miały miejsce podczas ich szampańskiej imprezy. Odpowiedź otrzymałam następnego dnia po południu: Od lat nie miałem tak strasznego kaca.

I wtedy przypomniałam sobie, jak to jest mieć strasznego kaca. To wrażenie, że umierasz. Gdy każda komórka twojego ciała błaga: dobij mnie. Gdy w czaszce masz wielkie, świdrujące wiertło. Gdy żołądek wywraca się na lewą stronę i z powrotem, i na lewą, i z powrotem. Gdy wszystko jest za jasne, za głośne, za intensywne i potworne.

I poczułam taką wielką, obejmującą mnie jak dobra mama ULGĘ.

O nie, nigdy więcej imprez.

Nigdy.

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo.

Fanpage

Instagram

Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram