Nie ma czegoś takiego, jak „życie po dziecku”


„Czy jest życie po dziecku?” – chciałby zapytać pewnie niejeden bezdzietny człowiek.

Nie ma. Jest życie z dzieckiem. 

Czy jednak rzeczywiście jest? Czy to już tylko smętna wegetacja? Sama niegdyś zadawałam sobie takie pytanie. Dzieciaci twierdzą wprawdzie, że owszem jest, ale niekiedy patrząc na nich, trudno w to uwierzyć. Nasuwają się wątpliwości, czy aby ich zapewnienia nie mają na celu sprowadzenie dzieciatej plagi na całą ludzkość, by sami nie czuli się osamotnieni.

Odpowiem na wstępie na to ważkie pytanie. Jest życie po urodzeniu dziecka. (Chyba, że umrzesz). Ono jest inne. Może być gorsze, może być lepsze. Może się zmienić diametralnie, bądź tylko trochę. Zależy to od nas, rodziców, no i od dziecka. Są osoby, które przy super-spoko-luzackim podejściu do wychowywania dziecka, mają w domu małego złośnika, tzw. high need baby, i niewiele się z tym da zrobić. Kochać to dziecko – i tyle. Są rodzice, którzy stosując takie samo podejście, mają super wyluzowane i bezproblemowe dziecko. Są rodzice, którzy mają mega spinę i na wszystko odpowiednią formułkę z podręczników wychowywania. Wśród nich również są tacy, co mają małe aniołki i tacy, co mają małe potworki. Niektórzy zupełnie za darmo dostali od losu gratis w postaci dziecka spokojnego, mało marudnego, niezbyt wymagającego i pogodnego. To na przykład ja. Żadna w tym moja zasługa. Księciunio T. ma to w genach, choć bór mi świadkiem, nie wiem, po kim.

Jak wygląda życie matki po urodzeniu dziecka? Daruję sobie opis pierwszego miesiąca, a nawet dwóch. Nie będę wyjawiać, co boli, co puchnie, co skąd wycieka. Jest obleśnie i boleśnie. To trwa czasem miesiąc po porodzie, czasem kilka. U mnie – mniej więcej dwa miesiące trwało dochodzenie do siebie fizycznie i dogadywanie się z laktacją.

Po tych dwóch miesiącach popełniłam jednak kolosalny błąd: spróbowałam wrócić pełną parą do „normalnego” życia. „Normalne” u mnie to było, gdy miałam pracę, pracę dodatkową, pracę na wieczory, w weekendy studia, a w międzyczasie jakieś treningi. Nie miałam czasu, by się w tyłek podrapać, ale czułam, że żyję, i że mam jakiś cel. Aż tu nagle trzeba było diametralnie zwolnić, i to od samego początku ciąży. „W to mi graj” – myślałam, bo byłam już znużona pracą w korpo. Ale bardzo szybko okazało się, że od siedzenia na dupie czuję, jak mi synapsy obumierają i strzela jasny szlag. Dlatego, gdy już się ogarnęłam po porodzie, zrobiłam sobie listę rzeczy do zrobienia i ambitnie założyłam, że będę je sukcesywnie odhaczać, dzień po dniu. Były tam telefony do wykonania, lekarze, do których się mam zapisać, wybranie się na jogę, pilates, crossfit, ściankę, pole dance, basen i bieganie, kilka książek do przeczytania, ogarnianie (codziennie!) bloga i fanpage’a, a nawet nauczenie się szycia na maszynie. Oprócz tego oczywiście opieka nad T., ja idealnie zadbana, perfect manicure, włosy że mucha nie siada, dom lśni czystością, a na stole super zdrowy i wymyślny obiad.

Lol, prawda?

Efekt był taki, że z tej całej listy, to tylko zajmowałam się dzieckiem, bo gdy T. spał, ja spałam razem z nim albo tępo gapiłam się na fejsa, myśląc intensywnie o tym wszystkim, co mam do zrobienia. Bardzo szybko siadła mi samoocena, wpadłam w dołek, zablokowałam się kompletnie i im bardziej próbowałam robić to wszystko, tym bardziej robiłam wielkie nic. Aż nadszedł kryzys, postanowiłam że zamykam bloga, kasuję fanpage, kasuję konto na Facebooku, wyrzucam telefon do Wisły i odtąd będę tylko leżeć w sypialni i co jakiś czas podtykać dziecku cyc. Poryczałam sobie trochę, poużalałam się nad sobą, poszłam na spacer z psem, popukałam się w czółko nad swoją głupotą i wrzuciłam na luz.

Kurde, przecież ten rok jest dla T., i to on jest najważniejszy. On i ja. W wolnych chwilach oczywiście, mogę ogarniać, co się da, ale zabierać czas T. po to, by przeczytać instrukcję obsługi lustrzanki? Ja jebe, chyba mnie pogięło.

No więc uczę się życia po dziecku z dzieckiem od nowa. Na spokojnie, pomału. Bez spiny. Nie ma, że coś muszę. Bo przecież nic nie muszę. Nie przeczytam książki? No to nie przeczytam. Nie zrobię obiadu? Zamówimy pizzę. Maszyna do szycia poleży sobie kolejnych kilka miesięcy? No to poleży. Kiedyś się nauczę szyć. Widocznie jeszcze nie teraz.

Nigdy nie kumałam ludzi, którzy pewne rzeczy nazywają stratą czasu. Przepraszam, że co? Robiłam licencjat przez dziewięć lat, próbując różnych kierunków studiów, i nie uważam tego za stratę czasu. Teraz spędzę czas z moim dzieckiem, i to też nie będzie strata czasu. Strata czasu to jest siedzenie przed telewizorem albo za biurkiem w korpo, grając w kolorowe kulki. Strata czasu to jest popełnianie wciąż tych samych błędów. To jest czekanie nie wiadomo na co, zamiast żyć tu i teraz.

Więc życie z dzieckiem istnieje, i jest fantastyczne. Czasem trzeba się do niego przyzwyczaić, trochę nagiąć swoje oczekiwania, odpuścić sobie, zwolnić bieg. Można też – któż nam zabroni – wrócić do szaleńczego pędu zaraz po porodzie. Ale chyba nie warto.

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo.

Fanpage

Instagram

Portret mojego męża wykonany przez księciunia T. Myliłby się ten, kto doszukiwałby się tu zarysu twarzy. Dzieło przedstawia brzuch (to okrągłe), na zielono zaznaczona tchawica i płuca, a na bordowo serce i... "rurki". 😳🤔 #motherhood #parenting #kidstagram #kidspainting #body #belly #heart #lungs #kidsart #anatomy #4yo
when ur stuck in the office and you'd rather be in the woods  #office #work #letmeout #naturedesire #woods #forest #cuteness #deer #ohdeer #greenery #creativeteam #creativityatwork #deadlinesmustwait #figuresfromflyingtiger #flyingtiger #insta #instaphoto #instapic
Droga do pracy. W samym środku Wawki. Można 😎 #niceview #nature #morning #warsaw #krolikarnia #sunrise #autumn
Albo na przykład kiedy masz good hair day i stwierdzasz, że to świetna okazja, by wreszcie jak prawdziwy człowiek zrobić sobie selfie z kaczym dzióbkiem, takie seksi, zachęcające do interakcji, takie sugerujące że twarz ma się ładną... A potem się okazuje, że nic się nie zmieniło, dalej masz wewnętrznie pięć lat i nie da się zrobić normalnego zdjęcia. 
#selfie #ryj #funnyface #tryingtobegrownup #failed #instaphoto #instapic #funny #polishgirl #polishwoman #face #weirdo #childish #drivingnuts
Takie było moje lato.  Mały, ale i całkiem już duży człowiek, coraz intensywniej poznający świat. I ja, rozdarta między chęcią cierpliwego pokazania mu każdego źdźbła trawy, a potrzebą ciszy, spokoju i samotności. Bywało burzliwe, a bywało też wspaniale. Czasem bywało między nami chłodno, ale to nigdy nie trwa długo 😉  Z kolei lato jeszcze trochę potrwa, ale wrzesień jakoś "zalicza się" nieoficjalnie do jesieni. Czekam z utęsknieniem na tę jesień i wreszcie trochę powietrza. 🥵  #summer #summertime #holiday #kidstagram #kid #boy #ladybird #parenting #chill
Weselny weekend na Mazurach 😍 było pięknie, it łoz bjutiful.
#couple #wife #husband #weddingguests #masuria #mazury #selfie #mirrorselfie #landscape #sunset
Sypialnia T, a dalej nasza. Tak teraz wyglądają. Na szczęście już tam nie mieszkamy 😂  #remoncik #homedecor #homedecorpragapolnoc #jestklimat #instaphoto #desertedhouse #ruins
Baj baj cienie do powiek. #piecminutmnieniebylo #zycieztrzylatkiem #parenting #3yo #kids #zapomnialamjaksierobihasztagi
Rośnie nam (łudzę się) jeden z niewielu przyszłych czytelników książek (i jeden z zapewne wielu miłośników leżaków). #kid #boy #summer #holiday #masuria #reading #bookstagram #book #chill #chillout #ksiazet #t #wakacje #mazury #czytaniejestsexy #czytanie #książka #mazury #drivingnuts