Zimno, drogo i przepięknie: Norwegia


Kiedy przeciętny Polak dzwoni do szwagra, by pochwalić się swoim najnowszym last mynyt do Edżiptu, upychając w podręcznym klapki Kubota, białe skarpety i kilo cebuli, my obieramy zgoła przeciwny kierunek. Kiedy przeciętny obywatel zachodniego świata pakuje w lipcu do walizki kapelusze, jasne szorty, kąpielówki i krem do opalania, my pakujemy kalosze, długie spodnie i kurtki. Kiedy normalny człowiek marzy o skwarze, pełnym słońcu, palmach i tanich sajgonkach, my wyruszamy do chłodnego świata surowego piękna natury, okraszonego powszechnie panującymi cenami z dupy. Kierunek: Norwegia.

To nie jest zapowiedź mojej emigracji, choć nie robię tajemnicy z tego, że takową planujemy i prawdę mówiąc pierwotny plan zakładał wyjazd na stałe nawet tego lata. Ostatecznie jednak życie się stało i wyjazd został przełożony na, oględnie rzecz ujmując, później. Co się odwlecze, to nie uciecze, i spokojna wasza rozczochrana, wy wszyscy sceptycy, co wróżycie nam niepowodzenie.

Lecimy do Oslo na parę dni raptem. Cieszę się jednak ogromnie. Ostatnim razem zakochałam się w Norwegii na zabój i gdybym znalazła tam wówczas jakąkolwiek pracę, to bór mi świadkiem, zostałabym. Jednak wróciłam, czego skądinąd nie żałuję. Popracowałam trochę, pouczyłam się montażu, związałam z takim jednym P., zrobiłam licencjat, urodziłam dziecko i założyłam bloga. Czas niezmarnowany. Ale Norwegia, z tego co wiem, nie uciekła. Stoi, jak stała, i kiwa na mnie zachęcająco paluszkiem. Temperatury nieprzekraczające 25 stopni, mało ludzi, puste plaże, chłodna woda, obłędne widoki. Ach, Skandynawio. Ja jestem w głębi serca człowiekiem północy, zawsze byłam i pewnie zawsze będę. W lipcu mijają równo trzy lata od mojego pobytu w Oslo. Pomyślałam, że może być niezłym pomysłem pokazanie Wam, co mnie tam tak w sobie rozkochało. Bo turystycznie to nie jest zbyt popularny wakacyjny kierunek.

Norwegia trzy lata temu

Nie patrzcie na walory artystyczne zdjęć. Trzy lata temu nie miałam jeszcze własnego aparatu – tu cykałam pożyczonym – i byłam dobra jedynie w samojebkach z rąsi, więc, no.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Tylko woda i góry, co? Tak wygląda europejska, nowoczesna stolica, która ma w duckę hajsu i sześć linii metra. Jasne, jeżdżą tam również tramwaje i autobusy, prawdopodobnie w godzinach szczytu mieszkańców nękają korki, a może nawet znajduje się tam jakiś wieżowiec. Ale jednak, bitches, please, metrem można tam dojechać na szczyt góry, gdzie znajduje się skocznia narciarska i domki o dachach porośniętych trawą. Można tam sobie tak po prostu rozpalić ognisko i popływać w jeziorku. A w Wawie? Dokąd dojedziemy? Na, przepraszam, Ursynów? Niczego nie ujmując Warszawie, bo szczerze kocham miasto, w którym mieszkam. Ale to jest miłość z tych trudnych, już zmęczył mnie zgiełk, kurz, brud, pośpiech, ludzie.

Jestem mentalnie starcem i marzę o bliskości z naturą, ciszy i świętym spokoju. W Oslo można od tego zgiełku odpocząć, mimo że to największe i najludniejsze norweskie miasto. W związku z tym podejrzewam, że na norweskich wsiach to już można tylko trawę gryźć i słuchać własnego bicia serca, co – skądinąd – dla mojej skołatanej życiem głowy brzmi nawet kusząco.

Norwegia to nie tylko Oslo, wiem o tym. I kiedyś zwiedzę ją całą, ale póki co już niedługo lecę znowu do stolicy*. Pod koniec lipca wrócę z nowymi zdjęciami i zrobię, co w mojej mocy, by urywały dupę i wzbudziły dziką zazdrość, że byliście tylko w Maroku/Edżipcie/Bali!

*(Chyba, że Książę T. nie dostanie na czas paszportu…)

O mnie

Cześć, mam na imię Natalia, ale mów mi Nat. Lubię muzykę Archive, kolor turkusowy i dobre filmy. Hobbystycznie przełamuję swoje lęki i krytykuję ludzi. Nałogowo powątpiewam. Na co dzień przyjaźnię się ze swoją nerwicą. Jestem introwertyczką. Bywam złośliwa. Używam ironii dużo i często. Nie trawię laktozy ani disco polo.

Fanpage

Instagram

Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram
Instagram